sobota, 10 czerwca 2017

Od Any

   Nie mogłam uwierzyć w jedną i drugą wersję. Cole przecież był taki dobry dla mnie, nie chciał źle, czułam to... Nawet mnie nie oklamał... Lub może nie zna prawdy i nie chce jej poznać? Nienawiść Cole'a do Xandera wzięła się bez powodu, Cole nigdy nie miał dobrej i kochającej matki która odpowiednio się nim zajmowała, jednak mimo wszystko on ją kochał. I na jego oczach zginęła.
   Nie wtrącałam się do ich relacji, jednak martwiłam się tym, że Cole'owi nie da się przemówić do rozsądku...
   Xander był w niebezpieczeństwie. Cole był nieprzewidywalny, musiałam wpłynąć na jego decyzję. Bryce namieszal mu w głowie, widzę to odkąd mnie tu przyprowadzono. Myślę, a raczej mam wielką nadzieję, że Xander też o tym wie.
  Weszłam do gabinetu wezwana na jakieś dziwne posiedzenie. Bryce mówił na miejscu honorowym, na samym brzegu długiego stołu, a reszta siedziała, niektórzy stali. Uzbrojeni, przy broni obserwując uważnie i słuchając. Cole był jakby dowódcą całej grupy bo znał zasady, regulamin i całe składy w FBI u policji. Wiedział jakie ruchy mogą podejmować.
   Bryce to wie i dlatego Cole tu jest, na tym stanowisku, pod całkowita władzą tego skurwysyna.
  Ubrana w wojskowe, wąskie spodnie i czarne ciężkie buty typu również wojskowe, obserwowałam ich uważnie. Mimo tego że coś nie podobało mi się w całej tej sytuacji wykonywałam rozkazy. Bo skatują mnie lub podejmą się innej kary.
-Spotykamy się z grupą transportową mafii, chcą nas kropnąć albo wynegocjować cały towar jaki mamy. Myślą że przyjedziemy ze swoim towarem a oni będą że swoim. Zagarniemy wszystko co ich jak ich rozstrzelamy. Wszystko będzie oczywiście z naszej strony legalne bo mamy pozwolenia na broń, zatrudniamy prawnika który również będzie z nami na tej akcji. Dostaje 15% zysków z akcji. Ana dzwoni na policję jako nieświadomy przechodni, mafia wezmie cię za zakładnika. Powiesz wcześniej dzwoniąc, że wiesz gdzie ma spotkać się mafijna spółka transportowa paliwa, gdy przyjada nie zamkną nas tylko ich bo oni nie mają pozwolenia na broń, plus... Mają nielegalne podrobione paliwo i papiery jak i prawo jazdy na ciężarówki. Żadnych pytan?
-Czy musi to Ana być zakładnikiem? - odezwał się Cole.
   Wszyscy spojrzeli na niego jak i zaskoczony Bryce.
-A cóż cię obchodzi jej życie? - zaśmiał się. - módl się, żeby był ten twój przyjaciel którego chcesz kropnąć. O naszą gwiazdę się nie martw. Nic jej nie grozi.
  Złapał mnie za tyłek a ja zacisnelam żeby by nie uderzyć Bryce'a.

  Wszystko przebiegło z godnie z planem. Policja przyjechała, FBI, ruszyli na nas my leżelismy na ziemi. Podszedł do nas starszy policjant grubszy trochę, i spytał.
-Co tu się odpierdala? Pozwolenir na broń jest?
-Wszyscy mamy.
   Podalismy pozwolenia a prawniczka odezwała się.
-Wszystko jest zupełnie legalne, zgodnie z prawem.
-A ty to kto?
-Ich prawnik.
-Co tu się kurwa dzieje?
-Zrobiliśmy sobie zlot byłych pracowników policji i wojskowych.
-A tamci to kto?
  Wskazał na mafie,gdy leżałam na ziemi wraz z grupą mafii.
-Ci to przyjechali nam wcisnąć lewe paliwo i skradzione ciężarówki.
  Policja odeszła od nich i podeszła do nas.
-Aresztować ich. Są poszukiwani w całym stanie. A ty to kto? - zwrócił się do mnie.
-Mnie wzięli za zakładnika. Jestem początkująca w szkole wojskowej...
-Spierdalaj stąd. - zaśmiał się policjant.
  Wstałam i wróciłam do swojej grupy zestresowana.
-Brawo chłopaki, grupę największej mafii kraju i fałszywa lewą firmę paliw za jednym pierdolnięciem niezły wynik. - zaśmiał się Cole.
  Xander wysiadł z samochodu i spojrzał na naszą grupę podnosząca się z ziemi. Zacisnelam żeby i powstrzymałam się by do niego nie podbiec. Uśmiechnęłam się ukradkiem, Brand złapał mnie mocno za ramię i pchnal do auta.
-Jesteście wolni. - kiwnal głowa policjant. - Przy okazji dziękujemy dziewczynie która po nas zadzwoniła i pomogła nam ich złapać.
  Nie zdążyłam odpowiedzieć, wpakowali mnie siła do auta.

piątek, 9 czerwca 2017

Od Xandera

Ruda uspokajała mnie do końca zmiany. Zresztą mój przełożony zwolnił mnie wcześniej do domu. Mimo to nadal byłem roztrzęśniony.
Pierwszy raz od lat go widziałem. Cola. Był mi jak brat którego nie miałem. Każdą sekunde dzieciństwa spędzaliśmy razem. Miał problemy w rodzinie dlatego moi rodzice przygarnwli go pod nasz dach. Dali mu wszystko.
Tamtej nocy kiedy go straciłem byłem na tropie zabójców mojego ojca. Wpadliśmy do domu gdzoe przebywali ludzi którzy pracowali dla tych co zabili mojego tatę.
Tamtej nocy zabiłem matkę Cola. Miałem wybór. Mogłem tego nie zrobić. Jednak tym wyborem było życie jej albo moje. Musiałem pociągnąć za spust. Cole jednak tego nie rozumiał. Nie chciał słuchać.
Pare dni później już go nie było. Odszedł bez słowa.
Bolała mnie kego strata jednak nie tak jak to że nie rozumiał. Tamci ludzie przyczynili się do śmierci mokego ojca i zarazem faceta który tak wiele oddał aby Cole miał normalne dzieciństwo i tak wiele w życiu osiągnął. Dzięki mojemu ojcu nie stał się chodzącym zerem, ćpunem i pijakiem. Uratował mu życie.
Zdrada Cola kiedy zacząłem podejrzewać w co się wplątał bolała najbardziej. Dołączył do grupy która pozbawiła mnie ojca. Grupy którą obiecałem sobie że zniszczę, pomszczę ojca.
W dodatku wplątał w nią Ane.
Dorwałem ją dopiero po wfie. Zaprowadziłem ją do kantorka.
-Co chcesz?-syknęła.
-Musisz zakończyć znajomość z Colem.
-Nie będziesz mi mówił co mam robić.
-Nie znasz go i nie wiesz w jakie gówno się wplątujesz.
-Ciebie też nie znam ale jedno o tobie wiem. Udajesz świętego a zabiłeś matkę Cola.
-Czyli opowiedział ci co się stało. Tylko ciekawe czy powiedział Ci o wszystkim
-Co przez to rozumiesz???
-Skoro tak o wszystkim Ci mówi a ty we wszystko mu wierzysz zapytaj się go kim był Alaric Berkeley.
-Kto to?
-Dowiesz się wszystkiego od swojego najlepszego pod słońcem Cola.-warknąłem wściekły.
Ana patrzyła się na mnie z szeroko otwartymi oczami.
-Gdybyś czegoś ode mnie potrzebowała to znajdziesz mnie na komendzie.
-Nie uczysz juz?
-Nie.
Usiadłem przy biurku i podniosłem na nią wzrok.
-Co teraz zamierzasz?-zapytała.
-To co do tej pory.
-Czyli?
-Mam Ci powiedzieć abyś doniosła? Nie tym razem. Zawiodłem się na Tobie Ano. Zawiodłem
Wstałem i zabierając kurtkę skierowałem się do drzwi. Przed wyjściem odezwałem się jeszcze nie odwracając się do mniej.
-Przekaż mu że Ada nadal płacze przez sen a trzy lata temu ledwo co ją odratowaliśmy kiedy targnęła się na swoje życie... już któryś raz z koleji. Mimo wszystko tęskni za nim.
Wszyscy tęsknimy-dodałem w myślach.
Nie czekałem na jej odpowiedz tylko wyszedłem.

środa, 7 czerwca 2017

Od Any

  Wzięłam auto mojego ojca by odwiedzić pewną osobę. Oczywiście, prawo jazdy miałam w zawieszeniu odkąd miała miejsce stłuczka - z mojej winy - a jakże by inaczej! Było to jeszcze rok temu, a i tak śmigałam czasem po drogach uważając na policję.
  Włączyłam głośno radio i zaczęłam śpiewać. Ignorowałam ludzi trąbiących na mnie, oglądających się ciekawsko, czasem również i złośliwie, bo jak tu się nie denerwować na głośną muzykę dobiegającą z lśniącego auta ojca. Nie miałam skrupułów by coś zrobić, nie wstydziłam się, więc w czym problem? Ludzie mają same problemy, ja je eliminuję. Oprócz jednego, największego problemu...
  Cole'a i Bryce'a.
  Gdy w radiu usłyszałam pierwsze sekundy Avicii'ego oszalałam, zaczęłam śpiewać i gibać się na lewo i prawo i w górę.













  Usłyszałam za sobą sygnał syreny. Przewróciłam oczami i wbiłam plecy jak najmocniej w fotel. Nie wiem czemu, może chciałam się tam schować, wgnieść?
  Mimo tego, że nie wiem co ze sobą zrobić robię to do póki nie zatrzymam auta i nie poczekam aż podejdzie policjant proszący zniesmaczony o cholerny dowód i prawo jazdy.
  Zatrzymałam się na uboczu, przechodnie gapili się na mnie powoli krocząc w swoje strony, a ja zła miałam ochotę krzyknąć, co się tak gapią.
  Rozjadę ich przy najbliższej okazji.
-Dokumenty poproszę. I prawo jazdy. - powiedziała blondynka w służbowym policyjnym ubranku.
-Myślę, że da się z tego jakoś wybrnąć... - zaczęłam.
  Odezwała się we mnie charyzma, jednak zaraz gdy zauważyła co chcę zrobić, przerwała mi.
-Przykro mi. Dawaj ten dowód.
-Grzeczniej się nie da? Znam twojego... albo kolegę z roboty. Nie wiem jak ma na imię ale... ale wiem że pracuje tu na komendzie. Śledczy. Taki uroczy brunecik.
-Ta, jasne.
-Laska, dajże mi spokój i pozwól jechać bo będzie przykro nam obu.
-Jedno z dwojga. - uśmiechnęła się złośliwie.
  Wyciągnęłam telefon z kieszeni spodni i zadzwoniłam.
-Halo? No, w końcu... myślałam, że nie odbierzesz...
-Kto mówi? - odezwał się Uroczy.
-Jakaś babka od ciebie z komendy się mnie uczepiła, mógłbyś jej powiedzieć by mnie puściła?
-Oszalałaś? - parsknął ale zaraz stał się poważny. - Z tego co wiem prawo jazdy miałaś odebrane już dawno...
-Owszem, ale jest sprawa niecierpiąca zwłoki.
-Jaka?
-Jak powiesz jej żeby mnie puściła to naprowadzę cię na nowy trop i powiem coś czego mogłabym się dowiedzieć. Właśnie zmierzam do pewnego miejsca, więc zrób to. Coś za coś.
  Westchnął i poprosił o to bym przekazała go tej dziewczynie.
-Słucham? Tak...? Ale... Rozumiem. Tak jest. Oczywiście...
  Była tak zakłopotana że od razu zauważyłam, że Uroczy jej się najwyraźniej podoba. Cała czerwona jak burak ruszyła do radiowozu i odjechała a ja mogłam pospieszyć do domu prawdopodobnego wspólnika ojca.


  Znalazłam w domu w śmieciach dziwne bazgroły ojczyma. Były linie, kropki w podanych miejscach i inicjały. Skojarzyłam fakty i bez problemu odszukałam miejsce pobytu kolejnego dilera.
  Zapukałam do drzwi, otworzył mi mężczyzna, zarośnięty, wysoki, palący papierosa w ohydnej gębie. Nie ukazałam zniesmaczenia, raczej przybrałam pozę twardej i nieugiętej. Jednak w środku bałam się, że może mi coś zrobić, skrzywdzić. Wyglądał na zbira... ja na dziewczynę szukającą na siłę guza w jakiejś zadupcałej dzielnicy.
-Ty jesteś od Billy'ego...? - spytał najwyraźniej skądś mnie kojarząc.
-Tak, zgadza się. - zaczęłam grzecznie. - Słuchaj muszę wiedzieć gdzie ojciec trzyma towar w głębi domu. Spędzałeś tam więcej czasu niż ja i sam pomagałeś mu to wszystko chować...
-Wszystko mam u siebie. - odparł. - Nie nagrywasz tego, ta?
-Nie, coś ty. Przyszłam bo za mną też łażą psy... chcę rady jak mogę odwrócić uwagę od siebie.
  Musiałam coś wymyślić by go przekonać do swojej wiarygodności. A to był jedyny pomysł jaki na poczekaniu mogłam wymyślić. Ale ryzykowałam.
  Dereck raz siedział za brutalne pobicie żony, która aktualnie po przedawkowaniu (dziwne) zmarła. Jego żona, pani Roots była przemiłą porządną kobieciną, jednak jak przyszło tak przyszło - śmierć z powodu wciskania na siłę narkotyków. Moja mama też tak miała, jednak przestała się opierać.
-A czego chcesz ode mnie? Konkretnie.
  Spojrzałam mu w oczy i zrobiłam niewinną minę.













-Potrzebuję pomysłu, chcę ich spławić.
  Konkretnie? Chciałam znać miejsce gdzie trzyma to gówno i mieć stu procentową pewność, że to właśnie on trzyma teraz cały towar.
-Graj smutną dziewczynkę. Pomoże. A teraz spadaj mała bo mam swoje interesy. Chyba, że przyszłaś się zabawić...
-Stój! Ręce do góry! Policja! - usłyszałam krzyk za plecami.
  Uroczy biegł prosto na stary zrupieciały dom Derecka. Nie zdążył uciec ani nawet pierdnąć, Śledczy zaraz zakuł go w kajdanki i przekazał rudej, która zawsze się za nim włóczy.
  Podszedł do mnie, nawet dumny z tego, że pomogłam im go złapać.
-Trzyma je pod podłogą w garażu. Tak przypuszczam.
-Przypuszczasz?
-Zaufaj mi. Przeczucie... Żyłam z dilerem dziesięć lat, znam parę sztuczek.
  Odeszłam do samochodu.
-Odwiozę cię...
-Nie... - nie zdążyłam dokończyć gdy na teren domu podjechał Cole.
  Gwałtownie zahamował, rozległ się pisk opon. Cole wysiadł, patrzył na zbiorowisko a gdy ujrzał Uroczego po prostu go zamurowało. Tego drugiego również.
  Cole zacisnął zęby.
-Wsiadaj. - rozkazał, nie odrywając wzroku od Uroczego.
-Co się dzieje...? - zaczęłam.
-Wsiadaj powiedziałem! - krzyknął, a ja przestraszona wsiadłam do czarnego auta Cole'a.
  Milczeli. Wszyscy milczeli. Ruda, jak zwykle rozgadana... teraz przerażona milczała.
  Cole po dłuższej chwili wsiadł na miejsce kierowcy i ruszył z piskiem opon znikając zaraz za rogiem.
  Pędził, nie zważając na rosnącą prędkość jaką przybieraliśmy.
-Czemu nie mówiłaś, że będzie tam Xander?
-Kto? Xand... ach... to on? Cholera, skąd mogłam wiedzieć...?! Nie rozumiem waszej chorej nienawiści...


  Gdy dojechaliśmy do biura Cole zamknął nas w swoim biurze. Stałam jak słup soli wpatrując się w jego plecy. Stał nie odrywając wzroku od piękna miasta.
-Xander był jak wiesz moim przyjacielem... bratem z dzieciństwa, którego zawsze pragnąłem mieć. Jednak gdy dorośliśmy, nasze marzenia o pracy w FBI się spełniły razem się uczyliśmy wszystkiego. Ramię w ramię. Brat z bratem. Jednak szybko passa się skończyła gdy na jednej z akcji doszło do... - urwał, zaciskając pięści. - On przyjmował zgłoszenie, ja dotarłem do radiowozu chwilę później. Była noc, okolica którą podążaliśmy była znajoma, której zresztą dawno nie odwiedzałem. Gdy weszliśmy na teren adresu wskazanego przez Rudą skojarzyłem wszystko. Zanim jednak zareagowałem Xander wpadł do środka. Bandyci byli uzbrojeni, naćpani, było ich sześcioro. Nas tylko dwójka, reszta była w drodze. Jeden z nich trzymał moją matkę za włosy, miała rozerwane ubrania, bez koszulki... Moja matka również była naćpana, ojciec martwy leżał w kuchni, potem go znaleźli. Matka była tak zćpana, że wyrwała broń jednemu z bandytów i wycelowała w Xandera, gdy miała nacisnąć spust on strzelił jej prosto w głowę, poszły trzy strzały na raz w jej głowę. Widziałem tylko ten urywek w którym ją zabija. Zaraz po fakcie ruszyłem na niego, zacząłem go okładać, on nawet nie podniósł ręki. Bo obiecaliśmy sobie, że żaden z nas tego nie zrobi. Jednak sytuacja była inna, miałem prawo do tego by go nawet tam zatłuc. Nie wierzę w wersję, którą opwoiedziałem. To mówili mi wszyscy do upojenia aż zastało się w mojej pamięci. Jednak ja wiem, że Xander zrobił to na czuja, nie poznał matki i ją zastrzelił. Nie wybaczę mu tego nigdy. Moja matka była kochająca, z problemami, ale zawsze.. Jednak Xander nawet nie przeprosił, uważał, że to obrona własna. Wściekłem się, odszedłem z FBI i zacząłem pracę tu żeby wejść na szczyt, Bryce mi pomógł. Żebym poznał go, znał każdy jego ruch i gdy go znajdę wtedy wykończę z jego rodziną.
-Cole... - podeszłam zaszokowana nie wiedząc do końca co zrobić.
  Położyłam mu delikatnie dłoń na ramieniu.
-Nie słuchaj jeśli będzie mówić, że masz się ode mnie odsunąć. Myśli, że mi odbiło. Jak oni wszyscy. Jeśli...
-Ćśś... - uspokoiłam go.
  Tylko to mogłam z siebie wydobyć. Byłam w ciężkim szoku.
-Udawaj przed nim, że nie wiesz o niczym. Musisz tak robić by go zatrzymać przy sobie.
-Nie mogę dać ci go na tacy... żebyś... go zabił... i jego rodzinę...
-To już mój interes. Teraz mam dla ciebie zadanie poboczne... Skieruj się do Bryce'a, objaśni ci wszystko.

  Musiałam zwabić jednego z policjantów, którzy pracują jako krety dla FBI. Starał się wejść do biura pod pretekstem znalezienia pracy ale wkopał się gdy ciekawski zaczął sprawdzać papiery towarów części aut. Znalazł papier który miał iść do podpisu do Bryce'a, on go zabrał w kieszeń.
    Akurat miał wieczór kawalerski, jego narzeczona panieński, więc zostałam przedstawiona jako kobieta do towarzystwa. W klubie GOGO, w którym tylko szef wiedział w jakim jestem celu byłam skupiona na rysopisie policjanta. Gdy znalazłam go obok stolika z resztą bałwanów podeszłam i zaciągnęłam go na parkiet. Musiałam go upić i uwieźć, co przyszło mi łatwo.










-Chodź do garderoby... wszystkie dziewczyny wyszły... będziemy sami.
-Jestem na swoim wieczorze...Mam narzeczoną...
-Właśnie! Masz prawo do zabawy ostatni wieczór z inną... nie podobam ci się? Moje kształty ci sie nie podobają..?
-Podobają!
-To chodź... - złapałam go w okolice krocza, jednak nawet nie byłam blisko.
  Nie jestem dziwką, ale wiem, co kręci większość facetów. Więc niektóre rzeczy były konieczne.
  Od razu po tym kroku sam błagał bym z nim poszła. Gdy szliśmy sami korytarzem do zaplecza obok wyjścia tylnego, tam zatrzymał mnie i całował po szyi.
  Zaczęłam błądzić dłońmi po jego spodniach, aż trafiłam na sztywny kawałek zgniecionej kartki papieru. Wyjęłam ją szybko i pchnęłam go na ścianę. Tylnymi drzwiami wszedł Cole, on był od brudnej roboty a Bryce... po prostu siedział.
  Cole i jego kumpel weszli i złapali go za kark.
-Wpakuj go do auta jak już wyjaśnisz mu że co zrobił.
  Gdy wyszliśmy wsiadłam do auta służbowego biurowca, Cole uspokoił mnie, jednak był zdenerwowany.
-O co chodzi? - spytałam. - Źle się spisałam?
  Podałam mu kartkę papieru.
  Zobaczyłam przez szybę jak Brand targa półprzytomnego zakrwawionego chłopaka i wciska go do samochodu.
  Przyciemnione szyby pozwalały na to, by nikt nie ujrzał tego co znajduje się w środku.
-Świetnie się spisała. - dodał od siebie Brand.
-Owszem. - przejął kartkę Cole. - Ale wolałbym żebyś nie obmacywała obcych facetów.
-Taka była moja rola... nic nie zrobiłam złego... nie dotknęłam go tam nawet...
-Sam fakt, Ano. Brand, zabierz komórkę i sprawdź kontakty,wiadomości i wszystko co trzeba. Wyrzuć kartę.
  Zrobił o co go prosił a ja zaskoczona milczałam.
  Gdy dotarliśmy do biura przespałam się w gabinecie Cole'a. Wolałam nie wracać do domu... byłam padnięta i chciałam nauczyć się więcej. Zaczynało mi się to podobać...
  Jednak co do Xandera...
  Postanowiłam, że nie pozwolę by zginął.

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Od Any

  Wyluzowana siedziałam na krześle starając się nie pozwolić mu się sprowokować. Rozwaliłam się jeszcze bardziej na miejscu które zajmowałam a on spoglądał na mnie z twarzą jakby chciał wejść w moje myśli i od razu wszystkiego się dowiedzieć.
-Wybacz - zaczęłam swobodnie - ale zdaje się, że to logiczne, że nic nie wiem o tym od kogo ma te świństwa. Robił to na boku, dodawał tam jakieś dopalacze, z tego co wiem. Widziałam nie raz jak to robił. Zasiadał do stołu i nie robił nic innego, nie jadł, po prostu zajmował się tym gównem. Ojciec sam jest swoim pracodawcą. Od nikogo nie ma towaru. On ma to wszystko z innych krajów, nie raz przyjeżdżały samochody, dziwne, takie duże i transportowe, rozumiesz, że niby ''dostarczenie mebli''. Sąsiedzi pytali się o to co tak ciągle mamy liczne dostawy... musiałam robić to, co kazał mi mój ojczym. Nienawidzę go z całego serca i nawet nie mam zielonego pojęcia, kto mógł pracować wraz z nim. Bo on sam robił dopalacze, sam to wszystko planował. On był założycielem swojego mini biznesu a mnie, przepraszam bardzo, proszę nie podejrzewać, że mogłabym maczać w tym paluszki. - uśmiechnęłam się.
-Myślę, że jednak przeraziła panią wizja współudziałów?
-Ależ skąd - zaśmiałam się. - Przyznaję, nie dziwię się, że jesteś na wydziale śledczym... bo jesteś na tym wydziale? No oczywiście, mogę się domyślać... Uroczy jesteś, każda chyba przesłuchiwana małolata poleci na przystojniaka-śledczego... ale wybacz, ja nie jestem małolatą, przynajmniej nie taką, która pozwala sobie na sugerowanie obrzydliwych spraw, o których nie mogę panu wyjawić ponieważ... tu się pan zdziwi bądź nie... nie mam pojęcia o głębszych sprawach mojego ojca.
-Muszą być chociaż jakieś tropy na to skąd miał potrzebne towary do wyrobu dopalaczy i tym podobnych.
-W tej sprawie... - zaczęłam uśmiechnięta - mogę nawet wpuścić cię i twoich koleżków do mojego domu byście tam pogrzebali, wzięli co trzeba i dali mi spokój. Nic nie mam przeciwko. A tym bardziej nic do ukrycia.
-Niech będzie. Możemy jechać tam za... zaraz.
  Zaśmiałam się.
-A pan podejrzewa mnie o współudziały... Proszę mnie wiecej nie straszyć, bo się wzruszę. - spojrzałam na niego rozbawiona.













  Milczał przez chwilę, potem nachylił się do mnie z naprzeciwka opierając o biurko.
-Nie działa na mnie błysk śnieżnobiałych zębów pięknej dziewczyny, czy też brzydkiej. Rozbawiona i rozluźniona osoba podejrzana o współudziały również nie robi na mnie wrażenia. Dalej mam cię na oku.
-Powinnam się cieszyć, że przystojny policjant ma mnie na oku, nie? - spytałam a on przewrócił oczami. - Droczę się tylko, jeny... jaki sztywniaczek. - wzruszyłam ramionami.

  W moim domu pozwoliłam przeszukać pomieszczenia przeznaczone do tego. Czyli - mój pokój i niegdyś gabinet ojca który stał się domową piwnicą na graty z mojego dzieciństwa których jest w bród - to pokoje które nie są odwiedzane zbyt często. Ja nie sypiałam w tym domu odkąd sytuacja zaczęła się psuć. Do starego gabinetu ojca zwanego dziecinną graciarnią Any przestał również być odwiedzany. Stał się muzeum, zapomnianym i nie odwiedzanym.
  Zbyt wiele wspomnień z ukochanym ojcem, który niegdyś był dla mnie wszystkim. Teraz nawet nie patrzę na ten pokój gdy przechodzę do łazienki.
-A ten? Co to za pokój? - spytał Uroczy Śledczy.
  Spojrzałam na Graciarnię.
-Pokój wspomnień dzieciństwa. Wolałabym go nie otwierać.
-A jednak poproszę o to, by pani mogła być tak łaskawa i otworzyła te drzwi.
-Lekceważy mnie pan. - odparłam oburzona. - Ja pierniczę, trudno mi otworzyć te drzwi, boli mnie serce gdy je otwieram, patrzę na te wszystkie rzeczy... a pan każe mi otwierać?! Łaskawie?!
-Skoro tak trudno pani otworzyć te drzwi poproszę o klucz, sam się zapoznam z pokojem.
-Bezczelny... - mruknęłam pod nosem.
  Scena niemal wyciągnięta i przyklejona z kabaretu. Sama mimo tragizmu sytuacji śmiałam się gdy patrzyłam na poważną minę Uroczego Śledczego.
 
  Kto jest w domu? Relacja. - usłyszałam głos, który dochodził z czipa.
  Był to głos Bryce'a.

  Jednak nie zmieniłam zachowania i podejścia do sprawy. Zignorowałam nagłą aktywność ze strony biznesmena i dalej zerkałam na pęk kluczy trzymanych w mojej dłoni. Podniosłam je i spojrzałam zła na Uroczego Śledczego i podałam mu klucz który wskazałam. Otworzył drzwi, oddał mi klucze a ja odeszłam kawałek na korytarz. Śledczy wrócił po paru chwilach, oddając mi to co moje i spojrzał na mnie.
-Teraz jestem spokojniejszy. Ale i tak cierpię, bo tracę wiarę w to, że możesz być niewinna... - dodał i powoli odszedł.
  Zła spiorunowałam go wzrokiem.
-Bezczel jak nic. - odparłam.
-I jak sprawy? - spytał Śledczy.
-Nic nowego jak używki, dopalacze, butelki i plamy po alkoholu. Nic dziwnego, że dziewczyna tu nie mieszkała.
-Jak to nie mieszkała?
-Nie ma tu jej rzeczy.
-Ależ są, na górze w pokoju. Jednak większość czasu spałam u przyjaciółki Jessiki.
-Jest zamieszana w sprawę i wie o tym co działo się w domu?
-Wie o tym, że ojciec był tyranem... jednak nic o narkotykach nie wie. Musiałam milczeć, więc nikt nie wie o tym co naprawde  tu miało miejsce. - odparłam.
-Mogę przeszukać twój pokój? - spytał Uroczy.
-No wiesz?! Chyba kpisz! - parsknęłam. - Jezu, jakie chamstwo. Wybacz, ale to moja prywatna jaskinia i wy nie macie tam wstępu. No Boże, przecież nie kryję tam paczek koksu, czy czego tam jeszcze... nie znam się na tym więc... a w dupie tam! Nie mieszajcie mnie w szemrane sprawunki mojego ojczyma bo naprawdę... przesadzacie!
-Co tu się dzieje? - do środka wszedł ojciec z jednym ze swoich prywatnych ochroniarzy. Zawsze z nimi łaził odkąd się dorobił fortuny i nie jeden próbował go skosić.
-A kim pan jest, przepraszam? - spytała ruda, poddenerwowana policjantka.
-Jestem ojcem Anastasji. Co tu się do cholery dzieje!?
-Byłby pan skłonny złożyć zeznania w sprawie przetrzymywania narkotyków i innych używek na komendzie? - spytała ruda.
  Ojciec spojrzał na mnie przerażony.
-Och! - zaśmiałam się. - To nie w mojej sprawie... zabrali mamę i jej ćpuna.
-Cholerny idiota... - mruknął ojciec pod nosem wspominając znienawidzonego kochanka matki. - Wybaczy pani... oczywiście, złoże i powiem to co wiem...
-Może pan w obecności adwokata, jeśli pan tego wymaga...
-Nie, nie ma potrzeby. - machnął ręką tata.
  Ostatnio tak wyluzowanego widziałam na nagraniach gdy przyszłam na świat. Był najszczęśliwszym ojcem stąpającym po Ziemi...
  Tak naprawdę matkę wsadzą za współudział i za to, że była agresywna i pod wpływem wszystkich świństw które znajdowały się na tablicy Mendelejewa. I zostanę sama.
  Nie sama.
  Mam tatę, który mnie niegdyś opuścił dla pieniędzy i wygodnych kanap jakie fundowały uroki bogactwa.
-Będziemy w kontakcie. - skinął głową Uroczy Śledczy i wszyscy się zwinęli a ja jedyne co miałam w głowie to to, by powiadomić o wszystkim Justina.

  Justin zwolnił się ze szkoły i zaszył się w agencji. Nadal nie wiedziałam jaki ma on związek z Bryce'em czy Cole'em jednak... dziwił mnie ich bliski kontakt.
  Weszłam, stukając czarnymi obcasami o panele wchodząc do gabinetu Bryce'a. Cole stał przy oknie paląc papierosa.
-Czemu do cholery mnie zignorowałaś?! Ile razy musisz dostać po mordzie, żebyś się, suko ogarnęła w końcu?! Małolata pieprzona!
-Zamknij się, Bryce. - westchnął Cole. - Nie tak nerwowo.
  Stałam tak, na środku wielkiego gabinetu przed nimi czekając na cokolwiek. Spokój Cole'a był mi niezrozumiany, zlekceważyłam ich, a to dla nich niedopuszczalne. Dyscyplinarni szefowie wielkiej firmy motocyklowej i samochodowej których znałam... zmienili się. Przynajmniej jeden z nich co do mnie.
-Mów. - rzekł po chwili Cole przyglądając mi się.
-Mój ojczym okazał się być jednym z organizatorów tajnej organizacji narkotykowej. Tej lewej. Złapali go. Przymknęli.
-Cholera jasna! Kurwa, Cole... gdybyśmy przeprowadzili przesłuchanie jak wszystkim to byśmy wiedzieli kim jest ta ciota z lewactwa, w tym wypadku gówno możemy zrobić. Znów pieprzenie się po sądach...
-Nie mają na nas śladów. Są przyczepni, to fakt, ale nie przebiją się przez mur ochrony. Z nakazem czy bez, spławimy ich. Zawsze byliśmy bezpieczni, zawsze się wymigiwaliśmy od tego co nas czeka za ten cały szajs z narkotykami i lewym paliwem. Ale, cholera, jesteśmy w tym świetni i bogaci, na zawołanie mamy sędziów, prawników i świadków. Płacimy im ile chcemy, oni nawet nie przyjmują kasy w zamian za... nie wiem za co. - parsknął Cole.
  Był zupełnie inny przy przyjacielu. Tylko... czemu udawał przy mnie?
-Kontynuuj, kotku. - zwrócił się do mnie Bryce.
-Policja przyjechała. Wypytywała, spławiłam i poszłam. Mówili o tym, że kryję ojca i za współudziały mogę trafić do więzienia...
  Cole zaczął się śmiać.
-Chuja, nie trafisz. Nic ci nie zrobią. Pamiętasz, co mówiłem. Nic ci nie grozi. Szczególnie z ich łap. Zgrywaj biedną poszkodowaną córkę która została osamotniona... i tyle.
-Ojciec mi został. Biznesmen. Ma firmę samochodową po całym świecie, jak wy. Ta wasza konkurencja.
-To twój ojciec? - Bryce'owi rozbłysnęły się oczy - Idealnie. Można ubić z nim interes.
-W żadnym wypadku! Cole... błagam...
-Bryce, to zły pomysł. Powiążą fakty. Dojdą do nas a ojciec Any wydaje się nie być taki głupi. Zawsze był sprytniejszy, odrzucił raz naszą propozycję bo uważa się za lepszego. Pozer.
-Cole! - zacisnęłam zęby.
-Porzucił cię! - krzyknął. - Czym sobie zasłużył na aprobatę  z twojej strony, Ano? Bo przyleciał gdy tylko dowiedział się o nieszczęściu znienawidzonej żonki? Czy jej przydupasa ćpuna?
  Zła wyszłam nie oglądając się za siebie.

Od Xandera

Cholera cholera cholera i jeszcze raz cholera!!!
Czy akurat musiałem trafić do domu Any?! Gdyby mi wcześniej podano jej dane za Boga bym nie pojawił się tam. Cały plan legł w gruzach. Byłem wydany. Poraz pierwszy miałem zawalić misje?! No chyba nie! Nie ja. Ja nigdy nie zawiodłem. Tym razem też do tego nie dopuszczę.
Musiałem zmienić taktykę.
Następnego dnia wysłałem Suzan po Ane. Pretekstem było dodatkowe przesłuchanie dotyczące zajścia.
Czekałem na nią właśnie w swoim gabinecie.
Suzan wprowadziła ją.
-Zostaw nas samych.-odparłem.
Kiedy byliśmy już sami przyjrzałem się jej.
-Kawa? Herbata? Woda?
-Woda. Po co Pan mnie kazał przywieźć?
-Potrzebuje wyjśnić pare spraw.
-Jakich?
-Mieszkasz z matką.i jej partnerem którego dzięki tobie dorwaliśmy. Chcę znać dame osób którym sprzedawał i tych od których brał towar.
-Nie znam..
-Ana mieszkałaś z nim. Łatwo Ci bedzie załatwić to. A w nagrode dostaniesz ochrone policji i.. Lepszą ocene z wf?-uśmiechnąłem się przy tym ostatnim.
-Nie dziękuje
-Wiesz.. Zawsze mogę Cię oskarżyć o utrudnianie śledztwa a wyrok możesz już dostać.
-Grozi mi Pan?!
-Chcę iść z tobą na ugodę
-Nie jestem zainteresowana
-Szkoda bo mógłbyć z nas świetny zespół.
-Ale nie będzie.
-Czemu go kryjesz? Po tym wszystkim?
-Nie kryje go.
-To w takim razie powinnas ustać na moją propozycję.. No chyba że sama masz coś na sumieniu?
Przyjrzałem się jej dokładnie. Czułem że coś ukrywa..

Od Any

  Cole spojrzał mi w oczy i rozpalił papierosa nie odrywając ode mnie swoich brązowych oczu. Było coś w nich, co nie pozwoliło mi dłużej patrzeć prosto w nie. Odwróciłam wzrok jak spłoszone dzikie zwierzę by uciec chociaż w ten sposób od czegoś, co dotyczy tej chorej sytuacji w jakiej się znalazłam.
  Zaśmiał się. Nic nie powiedział, nawet mnie nie dotknął. Odszedł, za nim poleciał smród tytoniu. Podszedł do swojego biurka i wyciągnął z szuflady która była na klucz jakąś teczkę. Była czarna, gruba, pełna jakiś zdjęć ludzi.
-Pozwól do mnie, Ano - powiedział cicho, że ledwo go usłyszałam - Nie rozumiesz o co nam chodzi, a wydaje mi się, że powinnaś chociaż to wiedzieć. Spójrz na nich - wskazał palcem na jakiś mężczyzn.
-Kto to? - spytałam nieśmiało.
-Ludzie z FBI, policji, tych, co służą za coś w rodzaju mafię ale działają dla dobra publicznego i społecznego. Od dawna nas próbują znaleźć, oczywiście, nie wiedzą, że ci co rozprowadzają narkotyki, dopalacze i tym podobne to najbogatsi ludzie w kraju. Mamy opłaconych adwokatów, sędziów, niektórych psów. Jesteśmy nietykalni. Od chwili gdy nas próbowali odkryć my wykpiliśmy ich przed samym sądem.
-Więc czym się martwicie?
-Otóż, kotku, problem jest lewe załatwianie narkotyków z którym walczymy. Ludzie, którzy robią to trując ludzi bardziej i dosypując im syfu psują nasz wizerunek. Ludzie boją się czasem brać coś co jest bezpośrednio od nas. Zajmujemy się też lewą dostawą i wyrobem paliw. Wszystko leci do Polski, Hiszpanii, od nas z naszej pięknej Ameryki.
-I za to też was gonią?
-Nie, oczywiście, nawet na to nie wpadli.
-A więc po co wam jakaś nieznaczna dziewczyna z plebsu?
  Spojrzał na aktach jednego z mężczyzn, bez nazwiska, imienia ani zdjęcia. Same informacje, a było ich mnóstwo.
-Bo spotkałaś dowódcę z jednej z naszych grup. Nie jesteśmy jakimś tam lewym towarem... Moje grupy są podzielone, ja nimi zarządzam. Uczę ich jak powinni walczyć z FBi, psami i kretami. Krety to ludzie którzy są bardziej wyszkoleni. Sam kiedyś tam pracowałem... jako kret.
-Co...? - wypaliłam. - I dlaczego trafiłeś tu?
-Odkąd wiele się pozmieniało. Od właśnie tego typa. - wskazał na dokumentacje mężczyzny na którym się zatrzymałam.
  Wziął dym w usta i powoli go wypuścił.












-Xander. Tak ma na imię.
-Czemu nie ma tu jego zdjęcia...?
-Bo nikt nigdy go nie złapał. Jest sprytny, nigdy nie pozwoli się sfotografować bo to wyczuwa. Razem z nim dorastałem i razem z nim się szkoliłem. Jednak od pewnego incydentu nienawidzę go jak nikogo innego. Staram się go odszukać, to dlatego naciskam na to by wysyłać szpiega. Jestem tu tylko z powodu odszukania go i zemsty. - zacisnął zęby. - Jeśli go znajdziesz i doprowadzisz do mnie, przysięgam, że nagroda cię nie ominie jak i wolność i całkowita obrona przed policją. Gdy rozprawię się z Xanderem mogą cię odnaleźć psy i zwinąć doprowadzając do odpowiedzialności za udziały. Ale do tego nie dojdzie bo zapewnię ci ochronę. Tylko go znajdź. I przyjdź do piwnic do strzelnicy. Będę tam po twoich szkoleniach.
  Kiwnęłam głową.
-Tak jest. - odeszłam.
  Justin obserwował mnie na każdym kroku na szkoleniu. Dostawałam cios za ciosem, próbowałam się podnieść gdy widziałam że wymierzany był kolejny cios.
-Stop. - odezwał się głos w tle.
  Nie rozpoznałam go, czułam, jak dziwna gęsta substancja leje mi się z dolnej wargi.
-Dość na dziś, Brand. Odejdź. Na litość, Justin, co tak stoisz? Podnieś ją. - warknął Cole.
  Gdy siedziałam starając się opanować karuzelę w głowie słyszałam jak słowa odbijały się echem.
-Pora nauczyć się jak korzystać z broni?
-To nie dla ciebie, skarbie. To ci sie nie przyda. - westchnął Cole - Odwiozę cię do domu. Jadę akurat na spotkanie biznesowe, wezmę cię ze sobą.
  Nic nie powiedziałam, bo pasował mi taki układ. Idealnie się złożyło, nawet nie byłabym w stanie iść.

  W domu gdy przekroczyłam próg mieszkania dostałam od ojczyma prosto w twarz. Upadłam na ziemię i sturlałam się ze schodów porządnie tłucząc sobie twarz.
-Gdzieś ty się szmato podziewała!? Matka odchodziła od zmysłów, gówniaro!
  Ja jedyne co, przewróciłam się na plecy i dławiłam się własną krwią. Gdy usłyszałam kłótnię, potem dźwięk syren i policję.
-Hej! Xan, tu jest poszkodowana...
-Nie jestem poszkodowana... - warknęłam.
-Wezwij karetkę.
-Ale ona...
-Cholera, Roxy... - warknął mężczyzna i kucnął przy mnie.
  Podniosłam się na łokciach i spojrzałam na niego.
-Ile widzisz palców?
-Tyle ile pokazujesz. - odparłam wściekła. - Gdzie ten skurwiel... - wymamrotałam.
-Obyłoby się bez wulgaryzmów... Zaraz... ja cię skądś znam... - zaczął.
-Gdybym nie była uwalona od krwi i wyglądała jak człowiek może byśmy się poznali. - odparłam złośliwie.














-Nic panią nie boli? - spytała ta kobieta z policji.
-Na Boga, nie, możecie mi pomóc wstać i nie robić scen...? Proszę...
  Mężczyzna pomógł mi wstać a ja już o własnych nogach wyrwałam się policjantowi. Spojrzałam jak dwóch starszych policjantów siłuje się z zćpanym ojczymem.
  Gdy go zobaczyłam chciałam na niego ruszyć, jednak słyszałam z głębi domu płacz i histerię matki. Też ją zabierali. Była cała nafaszerowana świństwem, które ten szmaciarz jej wciskał. Cały dom był obładowany narkotykami i tym podobnymi, ja oczywiście udawałam, że nic nie wiem.
-Powinnaś iść do szpitala... - urwał policjant, patrzył na mnie jakby go olśniło, jakby mnie poznał.
  Jednak zignorowałam to.
-Znam cię skądś... ty nie jesteś nauczycielem w Preason Preak School?
-Dorabiam tam jako nauczyciel w-fu.. - odparł szybko, jakby się starał wymigać.
-Aaa...
-Siadaj. - kazał mi przycupnąć na schodach wejściowych do domu.
  Wykonałam jego prośbę, głowa mi pulsowała.
-Wiedziałaś o narkotykach?
-Nie.
-Mów prawdę.
-Nie wiedziałam. Rzadko bywałam w domu, w takiej patologii trudno siedzieć spokojnie.
-Ale wychowałaś się w tej dzielnicy?
-Nie. Mój ojciec jest biznesmenem w firmie samochodowej, ma biurowiec w Nowym Jorku, są rozwiedzeni... w sensie... rodzice. Matka pracowała kiedyś jako dziennikarka teraz już przez partnera przestała pracować na jego ''rozkaz''.
  Kobieta obok niego przestała notować.
-Resztę dowiem się od rodziców poszkodowanej. - odparła i odeszła.
  Nachylił się nade mną i westchnął.
-Nikomu ani słowa, że widziałaś mnie w policji...
-A to takie tajne?
-Wolałbym by pozostało przynajmniej tajemnicą dla ciebie.
-Jasne.
-Twoje imię?
-Hm?
-Jak się nazywasz? Potrzebuję do raportu.
-Anastasia Baker. - odparłam powoli.
-Może lepiej zostań na komendzie, podamy ci medykamenty odpowiednie do tego stanu i potem ktoś odwiezie cię do domu.
-Po co jak już jestem pod domem i nic mi nie jest poza głową? Poza tym, nie bój nic, nikomu nie powiem o tym, że jesteś z policji... Niedługo kończę rok szkolny a z nikim tam nie rozmawiam.
-Czemu?
-Mój biznes. - odparłam. - Chyba tego do raportu nie potrzebujesz, co, milicjanciku?
-Jasne. - mruknął. - Na razie.
  Zniknął zaraz za bramką.

  Dopiero wieczorem podjechało czarne volvo, lśniące, odbijające światło lamp od blachy. Wysiadł z niego Cole, w szarej bluzie, czarnych jeansach. Nigdy w życiu nie pomyślałabym, że może wyglądać... normalnie? Jak... nie-biznes-robot?
-Co się stało? - spytał podbiegając do mnie.
-Ehm... - dopiero teraz zauważyłam, że siedziałam dalej na tych schodach, zziębnięta i ledwo co ogarniająca. -Ojczym mnie uderzył... zrzucił ze schodów... przyjechała policja...
-Ktoś kto wydawał się dziwnie wypytujący?
-Nie... chyba... wszyscy byli tacy rozmazani...
-Wejdź do środka. Jutro nie przychodź do biura. Justin będzie miał cię na oku. Jeśli zobaczy kogoś podejrzanego...
-On wie? O twojej przeszłości? I tym całym Xanderze?
-Nie. To ma być tajemnica, Ano. Na pewno dasz sobie radę?
-Nie martw się o mnie... szefie. - pomógł mi wstać i doprowadził do drzwi. - Dziękuję...
  Może wcale nie jest taki zły za jakiego się podaje...? Albo... udaje...?

czwartek, 1 czerwca 2017

Od Any

   Jessica spojrzała na mnie zdziwiona i lekko uniosła brwi szeroko wytrzeszczając oczy. Z uśmiechem obserwowała oddalającego się nowego nauczyciela.
-Zakład, że połowa lasek się na niego rzuci - skomentowała z szerokim uśmiechem.
-Razem z Tobą? - spytałam lekko rozbawiona.
  Starałam zachowywać się normalnie jednak to nie było wcale takie proste kiedy jest się zamieszanym w coś, czego nawet się nie rozumie. I trzeba wykonywać rozkazy kogoś, kto jest tym złym i może cię zabić.
  Jess siedziała na trybunach a ja zaraz przed nią. Doszli do nas Justin i Zach, ci którzy są z kadry szkolnej w koszu. Są najlepsi, wygrywają prawie wszystkie mecze. A Justin widocznie ma na oku Jessicę, bo ciągle nie odrywał od niej wzroku.
-Okulary masz naprawdę bajerandzkie. - skomentował zniesmaczony Alex - Jess, idź je wywal, zapłacę ci.
  Jessica zaśmiała się i założyła je na nos.
-Walcie się!












-Jesteś chora. - mruknął Zach, kapitan drużyny Tigerów.
  Od zawsze trzyma się z Justinem i Alexem. Xavier nie należy już do ich ekipy, zastanawiałam się dlaczego i czy o czymś nie wiem?
  Wszyscy milczeli, a gdyby coś wiedzieli to chyba... dowiedziałabym się, prawda?
  Niewinnie siedziałam obok Justina unikając jego wzroku. Gdzie on chowa broń, którą bez przerwy nosi przy pasie? Zastanawiałam się, czy umie w ogóle z niej strzelać... ale wygląda na to, że siedzi w tym dłużej i na dodatek dla nich pracuje. Czy był zmuszony jak ja? Czy sam tego chciał? I co on do cholery z tego ma?
-Dla mnie Jessica zawsze będziesz piękna. - wypalił w końcu Justin dumny patrząc prosto w jej oczy.
  Przyjaciółka spoważniała, spojrzała na mnie a potem na niego.
  Nie znosiła go za to co mi zrobił. Za to, że rozesłał kompromitujące zdjęcie. Za to, że jest świnią bez granic. Żadnych granic.
-Spieprzaj. - parsknęła i odeszła od nas.
  Zaskoczona, że nie wzięła mnie ze sobą i zareagowała w ten sposób pobiegłam za nią. Złapałam ją na pustym korytarzu obok szatni męskich.
-Gdzie tak pędzisz? - spytałam nic nie rozumiejąc.
-Musisz coś wiedzieć, Ana...
-Co takiego?
-Ktoś... po całej szkole dalej rozsyła zdjęcia. Ponad to... przerobione i plus... jesteś głównym tematem plotek wszystkich.
-I co? - spytałam udając niewzruszoną.
-Myślę, że Xaviera nakręca Jenny. Oni nawzajem... oni to robią. Razem z całą resztą ekipy, ale nikt im tego nie udowodni. Robią to tak by nikt się nie domyślił a ten kto rozpowiada ploty prosto od nich... jest nieznaną osobą. Boją się go wydać? Nie wiem... musisz wiedzieć...
-Jasne, dzięki.
  Odeszłam od niej i poszłam do Xaviera. Stał na korytarzu pod salą biologiczną. Pchnęłam go na ścianę odrywając od siebie parę gołąbeczków. Jenny stała wpatrzona we mnie z przerażeniem.
-Ty gnojku... - wysyczałam. - Przysięgam, że kiedyś zapłacisz za to. Zabije cię jeśli jeszcze raz...
-Baker! - usłyszałam głos pana Parkera za plecami - Dość tego! Idziecie ze mną.
  Kiedy siedziałam na dywaniku u psychologa szkolnego nawet nie przeszło mi przez myśl, żeby parszywca wydać.
-No, to co się stało? O co poszło? - spytał Parker.
  Milczeliśmy, jednak chwyt za słuchawkę był znakiem ostrzegawczym który zapalił mi czerwoną lampkę.
  Telefon do rodziców.
-Zwykła kłótnia z byłym chłopakiem.
-Zazdrość.
  Zagotowało się we mnie gdy wtrącił swoje pięć groszy. Spiorunowałam go wzrokiem.
-Widzę, że się nienawidzicie. Ale to normalne w waszym wieku...
-Proszę pana, mamy po dwadzieścia lat, zaraz kończymy liceum - zaśmiał się Xavier - a takie niedojrzałe zachowanie małolaty świadczy o jednym... zazdrość.
-Pragnę zauważyć, że ta małolata jest również w twoim wieku, a widzę, że prowokujesz Anastasie. Wina lezy raczej po twojej stronie.
-Co? - roześmiał się.
-Możesz wyjść. - skinął do mnie głową a ja wyszłam.
  Teraz mnie po prostu zrówna z ziemią i zgnoi jak ostatnią szmatę w szkole.



 W szkole wszyscy patrzyli na mnie jak na tą najgorszą. Ich spojrzenia mówiły same za siebie - Patrz, to ta szmata co dała dupy Xavierowi - były też inne plotki. Jednak nie zamierzałam się nimi przejmować, jeszcze parę miesięcy i koniec szkoły raz na zawsze.
  Justin obserwował mnie dosłownie wszędzie. Nie mogłam się skupić na niczym bo jego wzrok ciągle skupiał się na mnie. Nie miałam pojęcia, że on też w tym siedzi...
  Spojrzałam na niego, gdy nasze oczy się spotkały Justin nawet nie mrugnął okiem. Obserwował mnie uważnie, odwróciłam wzrok i wstałam z krzesła wychodząc ze stołówki. Ukryłam się w bibliotece, gdzie również czułam na sobie czyjeś spojrzenie.
  Rozejrzałam się uważnie i zauważyłam w wejściu jakiegoś typa, który jak kojarzę robił za szkolnego fotografa. Nigdy z nikim nie gadał, ale wie wszystko o każdym
  . Zestresowałam się i spuściłam wzrok. Zaraz ze mnie zrobi gwiazdę szkoły i obwiesi to w gazetce czy innym gównie a wszyscy o tym znów zaczną gadać.
  Ludzie w szkole słyną z tego, że lubią słuchać. Słuchać o ludziach i ich nieszczęściach, potem dodają co nie co od siebie, gadają i idzie wszystko przed siebie. Uwielbiają wszystko z wyjątkiem jednego.
  Prawdy.
  Dlaczego? Bo jest nudna, prawdziwa, bez prześmiewczej pikanterii. A ona zawsze musi się znaleźć.

  Co cię tak zdenerwowało, kotku? - usłyszałam głos Bryce'a.

  Bryce był okrutny, chamski i nieprzewidywalny. Można by rzec, że podchodziło to pod coś co można nazwać ''nierówno pod sufitem''. Nie miał żadnych granic, jeśli już były to zostały postawione przez niego. Nie raz byłam świadkiem ludzie wyrażali się o nim, nawet czytałam w gazetach jaki jest. Zarzucili mu gwałt swojej narzeczonej, która potem zniknęła, jednak nic mu nie udowodniono. Podobno pogrążył się w rocznej rozpaczy po żonie i słuch o nim zaginął. Potem wrócił do pracy i do prasy, pisali o nim na pierwszych stronach. A o żonie nawet nie rozmawiał, gdy ktoś pytał od razu wpadał w szał.
  Tylko ci co mieli z nim do czynienia wiedzieli, że to tylko na pokaz. Jednak sąd, jego fani i reszta świata w to wierzyła.

  Chrząknęłam, słysząc jego głos. Błądziłam oczami po stoliku i starałam się uspokoić. Zacisnęłam pięści i wstałam zbierając swoje rzeczy i wyszłam powoli prosto na nieznajomego.













   I powtarzałam sobie ' bądź normalna, zachowaj spokój'. Każdy mógł być kretem który szuka tutaj takich jak ja czy Justin. A jeśli mnie złapią to sprawa jest prosta - wpakują mnie do więzienia za współudziały. A na to nie mogłam sobie pozwolić, to zniszczy moje życie jeszcze bardziej niż jest teraz.
  Szybko i zwinnie prześlizgnęłam się w przejściu i zniknęłam zaraz za zakrętem wtapiając się w tłum. Nie mogłam opuścić lekcji, bo Justin się wszystkiego dowie a muszę tu siedzieć. To teraz (jak to oni nazywali) moja ''nowa'' praca.

  Gdy lekcje się kończyły Justin czekał w swoim samochodzie przy wyjeździe z parkingu. Kiwnął głową, że mam do niego podejść więc tak też zrobiłam.
-Wsiadaj.
-Gdzie mnie chcesz zabrać...? - spytałam drżącym głosem.
-Masz się mnie słuchać, a nie zadawać pytania skarbie.
  Zacisnęłam zęby i zastanowiłam się chwilę. Spojrzałam na jego siedzenie, które zajmował. Zaraz przy pasie pod czarną skórzaną kurtką miał pistolet. Wsiadłam do auta i ruszyliśmy.

  Na miejscu Justin stanął obok mnie wprowadzając do biura Bryce'a i Cole'a. Bryce stał naprzeciwko mnie wściekły i jedyne co zrobił to uderzył pięścią w stół.
-Jesteś gówno warta, nie przykładasz się do roboty którą ci zadałem!
-Co ja takiego zrobiłam...? - spytałam wystraszona.
-Żartujesz sobie ze mnie?
  Był wściekły. Co ja do cholery zrobiłam...?!













-Justin, a może ty wiesz co zrobiła źle i czemu tu ją przywiozłeś? - spytał zdenerwowany.
-Nie doniosła o krecie w szkole.
-Nawet nie wiem, że on w ogóle jest i kto to!
-Nie przeszłaś szkolenia jak Justin. Jednak myślałem, że metoda zastraszenia będzie idealna... trzeba trochę cię zmusić i wytresować jak trzeba.
-Wytresować...? - wycedziłam.
-Nie bój się, rób co każą. - szepnął do mnie Justin.
-Zaprowadź ją do Cole'a i najlepiej zostaw samych.
 
  Gdy weszłam do środka Justin od razu wyszedł. Cole siedział naprzeciwko mnie, paląc papierosa.
-Ja nic nie zrobiłam, nawet nie wiedziałam... przysięgam... ja... - zaczęłam nerwowo.
  On jedynie się zaśmiał.
-Jesteś taka słodka jak się stresujesz... - odezwał się w końcu. - Ale niestety, muszę trochę nad tobą popracować żebyś wiedziała co i jak... - spojrzał na mnie z błyskiem w oku. - Jesteś spięta, trzeba cię rozluźnić. - zaśmiał się i wstał z miejsca podchodząc do mnie powoli.











   Błagałam w duchu by nie podchodził. Był nieobliczalny.


Od Xandera

Cały poranek przygotowywałem się do akcji. Ada, moja siostra pomagała mi.
-Szykujesz się jakbyś na randkę szedł.-zaśmiała się pracując mi koszulę.
-Ada to poważna sprawa. Muszę zarzucić przynęte.
-I to ty jesteś tą przynętą?
-Niestety. Co wiesz o tej dziewczynie?
-W sumie nic. Nie moja paczka. Ostatnio coś plotki o niej chodzą i takie tam. Wiesz mi to wygląda na konflikt z byłym.
-Czyli singielka ledwo co po rozstaniu.
-Co zamierzasz być pocieszycielem?
-A czemu nie?-zapytałem zadziornie zakładając koszulę.
-Ehh.. Xan jesteś niemożliwy-odparła i wyszła do swojego pokoju.
Czekałem na nią na dole.
-Siostra dziś wysadzę Cię obok szkoły. Nie chce by ktoś nas skojarzył pierwszego dnia akcji.
-Idę dziś na pieszo z dziewczynami.-powiedziała całując mnie w policzek i wyszła z domu.
-Trudno-odparłem sam do siebie-Wychodzę mamo!!-powiedziałem głośniej.
-Miłego dnia.-usłyszałem odpowiedź mamy dobiegającą z ogrodu przez otwarte drzwi do tarasu.
Uśmiechnięty wyszedłem z domu. Zamiast motocyklem pojechałem dziś do szkoły samochodem.
Moje najnowsze czarne AUDI pasowało idealnie na tę akcję.

***

Zaparkowałem na parkingu dla nauczycieli. Wysiadając z samochodu zmierzyłem wzrokiem cały budynek.
-No to do dzieła.
Ruszyłem w stronę szkoły. Idąc korytarzem szukałem jej dyskretnie. Stała obok jakiejś dziewczyny. Plecami do mnie. Kroczyłem dalej pewny siebie.
Skręciłem tuż obok niej. Na moje szczęście właśnie odwróciła się z zamiarem odejścia.
Wpadła na mnie. Mam dobre poczucie równowagi dlatego sam nawet się nie zachwiałem a dodatkowo uchroniłem ją przed upadkiem.
Wszystkie jej rzyczy się rozsypały.
-Przepraszam Pana bardzo..-zaczeła mówić przejęta.
-Nic się nie stało.-odparłem podnosząc jej książki.
-Pan tu chyba nowy jest..
-Nie mów na mnie Oan bo wcale dużo starszy nie jestem. A jako formę wynagrodzenia za staranowanie może zechciałabyś mi pomóc?-zapytałem patrząc się jej prosto w oczy.
Jej oczy natomiast błądziły po całym korytarzu. Była przestraszona i zdezorientowana.
-Ja? Pomóc?
-Potrzebuje się dowiedzieć gdzie znajdę gabinet dyrektora.
-Tym korytarzem prosto i ostatnie drzwi po prawo-odparł intruz.
A tym intruzem była jej koleżanka gapiąca się na mnie z szeroko otwartymi oczami.
-Dziękuję-odparłem i przeniosłem wzrok na dziewczynę-Do zobaczenia.
Uśmiechnąłem się i odszedłem w strone gabinetu dyrektora.

***

-A więc chciałby Pan dla nas pracować?-zapytał dyrektor.
-Tak.
-Hmm... Imponujące wyniki. Myślę że może Pan zacząć od dziś.
-Byłoby mi niezmiernie miło.
Zatrudniłem się jako wuefista. Policja wyrobila mi nowe dokumenty. Według nich ukończyłem a'wf i to w dodatku ze świetnymi wynikami.
Musiałem działać całkowicie pod przykrywką.

sobota, 27 maja 2017

Od Any

Nigdy nie sądziłam, że wpakowalabym się w takie gówno. Siedziałam na przeciwko biurka blondyna, który z uśmiechem i zachwytem mi się przyglądał.
-Mamy dla Ciebie zadanie. Skoro widziałaś już tak wiele musisz wybrać albo śmierć albo pracę dla nas.
-Co niby mam robić...? - spytałam przerażona,związana na czarnym, skórzanym krześle.
-Oprócz zbieraniu kupy baniek na koncie z Colem mamy inne zajęcie. Dorabiamy sobie dzięki małym dodatkom, którzy młodzi ludzie tacy jak ty uwielbiają.
-Mam pomoc wam sprzedawać dopalacze??
-Będziesz kretem. Nie raz ktoś próbował nas wrobic, a że jesteśmy ludźmi bogatymi i znanymi z dobroczynnych akcji mamy mocne alibi, nikt nas nie tknie. Dopóki ktoś nie zacznie za bardzo pchać się głębiej w nasze życie biznesu. Ostatnio Cole zauważył, że jeden z dziennikarzy za bardzo się panoszy, łazi za nami, okazał się psem, kretem. Więc łatwo go uciszylismy. Zatuszowalismy ślady i poszło zbyt łatwo. Stwierdzono przedawkowanie narkotyków w jego domu, popił wszystko alkoholem i padł. - uśmiechnął się. - ale wracając, Ty jesteś potrzebna. Jako niewinna dziewczyna, ładna, seksowna 19 latka łatwo zdobywasz zaufanie, zauważysz coś niepokojącego, dziwne pytania, kogoś, kto się narzuca. Od razu masz wszystko mówić nam.
  Ktoś zaszedł mnie od tyłu i wstrzyknął w ramię coś, co zaświeciło się dziwnie na niebiesko pod skórą.
-A to twój nowy przyjaciel. To coś w rodzaju rozbudowanego chipa. Koduje negatywne emocje, stres, i kłamstwo. Przy tym ostatnim uruchamia się nagrywanie i wszystko będziemy słyszeć.
-Co proszę...?! Nie możecie, to nieludzkie... Jak potem to wyjme?? Po wszystkim? Jak już nie będę wam potrzebna?!
-Jak już będziesz zbędna zostaje jedno wyjście. - usłyszałam za sobą głos Cole'a. - Kulka w łeb i po sprawie. Tak już bywa. Ale na razie wykonuj swoją robotę. Pomyślimy czy zostawić Cie przy życiu. Na razie wykonuj zadania. W twojej szkole są krety a ja chcę wiedzieć kto to i czego szuka. Gdy się dowiemy dobrowadzisz go do nas. Zajmiemy się nim. Dajcie jej to. - machnął ręką i dostałam czymś w szyję.
  Poczułam się dziwne wesoła, szczęśliwa podążyłam wprowadzona do drzwi, potem straciłam przytomność.

  Ocknelam się w samochodzie z Justinem. Pił piwo jarajac blanta.
-Co ja tu...
-Mam na Ciebie oko. Jeśli coś zaczniesz kombinować mam Cie uciszyc albo oni to zrobią. Więc uważaj. Wysiadaj i zwracaj uwagę na dziwne zachowania, pytania, dziwne osoby. Mówisz mi i ich załatwiam.
-Czemu ty to robisz?? Przecież nie musi tak być... Można ich wydać... - zaczęłam z płaczliwym głosem.
  Złapał pistolet który leżał w schowku i pokazał mi go.
-Jeszcze raz pomyślisz, żeby kombinować to zobaczysz jaka zabawa się zacznie z tym co trzymam w ręku. Zrozumiano skarbie?
  Pogładził mnie po policzku a ja uciekam z samochodu prosto do szkoły. Justin odjechał, swoją drogą dawno nie było go w szkole...
  Co się z nim stało?
  Co stanie się że mną??
  Byłam przerażona tym co się stało i nie wiedziałam do końca jak mam się zabrać do tego... Bałam się. Wolałam z nikim nie rozmawiać... Nie wiedziałam kto przypadkowo może przeze mnie umrzeć z łap Cole'a i Breyca..

piątek, 26 maja 2017

Od Any

  Pewnego wieczoru postanowiłam poza szkołą dorabiać gdzieś. Jako że miałam już skończone 19 lat mogłam pełnoprawnie pracować, jedynym problemem była szkoła, która przeważała wszystko. Wolałam dorabiać sobie na swoje potrzeby, a jedyne do czego mogli mnie przyjąć ( tam gdzie płacili w miarę rozsądnie) była praca parkingowego. W jakimś biurowcu był dość spory parking pełen obrzydliwie drogich samochodów, a brakowało im kogoś komu można zaufać.
  Szefem był ochroniarz budynku, jakby stróż. A szefem mojego szefa był mój ojciec. Stąd dostanie dobrej pracy i na dodatek płatnej bardziej niż gdziekolwiek indziej. Tata od wielu lat starał się jakoś złapać ze mną kontakt aczkolwiek ja wolałam go unikać. On nas zostawił, nie winiłam go, że małżeństwo moich rodziców się rozpadło. Bo to była wina matki. Od początku do końca poszła na dno zaraz gdy wpadła w wir alkoholiczki i uzależnionej od narkotyków.
  Pierwszy dzień w piątkowy, dość wczesny wieczór zaczął się nudnawo. To zdecydowanie jedna z tych gorszych prac i tych źle płatnych. Jednak wolałam zapamiętać wskazówki które dał mi szef.
  1.Nie słuchać muzyki
  2.Nie słuchać muzyki również przez słuchawki
  3.Jedyne co możesz robić, to czytać gazety, książki, ale najważniejsze - nie trać czujności
  Są tak przewrażliwieni bo często padają ofiarą kradzieży samochodów. A dziś miałam sporo pracy bo przyjeżdżali z różnych krajów na jakieś ważne spotkanie biznesowe.

  Dostałam pierwsze kluczyli wypasionej białej Tesli. Nie za bardzo znałam się na markach, ale odróżniałam co nie co. Samochody przyjeżdżały, co jedne to droższe i bardziej wypasione, jakich moje oczy jeszcze w życiu nie widziały.
  Aż w końcu, po nudnej robocie przyjechało zwykłe, czarne, lśniące BMW. Siedziałam na krześle obserwując co chwilę kamery. Do budki podszedł mężczyzna z jakąś wyfiokowaną blondynką, była może starsza o rok ode mnie?
-Masz. - parsknął do mnie z wyższością i rzucił kluczyki na blat.
  Uniosłam brwi i siedząc na krześle wcale nie ruszyłam się z miejsca obserwując go.
-Gdyby pan powiedział to z szacunkiem, może zastanowiłabym się jeszcze raz o tym, czy przyjmować pana samochód.
-Nie dyskutuj ze mną gówniaro i rób co każę.
  Z poważną, kamienną twarzą sięgnęłam do kluczyków i palcem wskazującym zrzuciłam je z lady z przodu tak, że te osunęły się na betonową zabrudzoną podłogę.
  Nagle mężczyzna stał się czerwony, kipiało od niego a ja nie zmieniając wyrazu twarzy wstałam i spojrzałam na niego jeszcze raz przybierając szeroki uśmiech.
-W czymś mogę pomóc?
  Mężczyzna podniósł kluczyki i podał mi je, uderzając nimi.
-Proszę.
  Blondynka obok mężczyzny pokręciła głowa zażenowana jego zachowaniem. Spojrzała na mnie i szybko spuściła wzrok.
  Przyjęłam auto i kluczyki, zarejestrowałam je i zajechałam do odpowiedniego miejsca przeznaczonego dla tego samochodu. Usłyszałam po chwili trzaski, było już późno, a nikogo o tej godzinie nie ma prawa być. Poszłam to sprawdzić, zaszłam od tyłu białego Renault Kadjara i zobaczyłam krwawiącego mężczyznę. Wyjęłam zdenerwowana paralizator którym mogłam dysponować i używać jedynie w wyjątkowych przypadkach. A to był... chyba... wyjątkowy przypadek.
-Rzuć to! - wycelował we mnie pistoletem, a serce w momencie mi stanęło.
  Zacisnęłam zęby i odłożyłam powoli paralizator.
-Spokojnie... - zaczęłam starając się opanować - rzuć ten...
-Bierz kluczyki i wsiadaj! - krzyknął.
  Wyjęłam z kieszeni jednego z wyścigowych samochodów na parkingu. Wpatrywałam się w nie i nagle koleś przeładował broń.
-Mam strzelić czy się weźmiesz do roboty? Wsiadaj, powiem ci gdzie jechać.
  Jego ręka była w opłakanym stanie, drugą ręką wziął torbę ze sporą sumą pieniędzy. Zamknęłam oczy zdenerwowana, ręce mi się pociły a mężczyzna niecierpliwił.
-Jedziesz czy mam ci pomóc? - spytał przybliżając pistolet do mojej głowy.
  Zapłakana ruszyłam i wyjechałam z parkingu. Kierował mnie gdzie mam jechać, gdy dojechaliśmy do jakiegoś budynku biurowego weszliśmy na samo piętro - 15 - i tam wprowadziło mnie trzech mężczyzn w garniakach.
-Siadaj. - rozkazał jeden z nich i rzucił mnie na kanapę.
  Przy biurku siedziało dwóch mężczyzn, blondyn i brunet.
-Kto to jest? - warknął blondyn.
-Widziała mnie. Musiała mnie zawieźć bo miałem mały wypadek z ochroniarzem. Postrzelił mnie ale uciszyłem go odpowiednio.
  Mój szef... zamordowany...?
  Wpatrywałam się spanikowana w twarze bruneta i blondyna. Parsknęli śmiechem widząc moją minę.
-Dobra, ona nam się może przydać. Potrzebujemy kreta.
-Ja mam być kretem? - spytałam szeptem.
  Wszyscy ucichli, spojrzeli na mnie a brunet z uśmiechem jedynie powiedział ostatnie słowa które dziś usłyszałam.
-Zamknąć ją.
  Ten budynek musiał należeć do nich. Był wielki, obszerny i wszyscy latali na posyłki tych dwóch. Ich twarze kojarzyłam z magazynów, byli kuzynami. Bardzo się liczyli ze swoim zdaniem. Jednak nie siedzę w brukowcach i nie czytam pudelkowych stronek. Jednak bałam się co moga mi zrobić i w co ja się do cholery wpakowałam...
  Ojciec na pewno jak się dowie zacznie mnie szukać... A matka z tym swoim beznadziejnym partnerem nie zauważą że zniknęłam. Obym szybko się stąd wydostała... a czułam, że wcale się nie wydostanę..

sobota, 20 maja 2017

Od Xandera

Praca w policji wiąże się z wielona obowiązkami tak jak i możliwościami. Możesz na przykład zaparkować w miejscu do tego nie przeznaczonym czy jechać za szybko a i tak nikt nie da Ci mandatu. Oczywiście są to bardzo błache przywieleje, jednak są i takie które na prawde przydają się w życiu.
Miałem dziś nocke w pracy. Omawialiśmy z ekipą właśnie sprawę gangu narkotykowego.
-Ci ludzie na pewno są w to gówno wmieszani. Ten był już trzy razy złapany z narkotykami, a ten siedział za dilerke. Na trzeciego chwilowo nie mamy pewnych dowodów jednak podejrzewamy że jest narkomanem który w dodatku diluje.-powiedziałem pokazując dokumenty dotyczące trzech podejrzanych.
-Diler który jest narkomanem? Nowość. Z regóły dilerzy tego gówna nie biorą.-odparł heden z policjantów.
-Dlatego trzeba go sprawdzić.-odparł mój przełożony.
-Też o tym myślałem. Możnaby zastawić na niego pułapkę.
-Dobry pomysł.
-Maks i Dawid mogą to zrobić.-wyznaczyłem chłopaków.
-A ja mam lepszy pomysł. Jesteś jednym z młodszych i wcale tak staro nie wyglądasz. Wmieszasz się w jego środowisko i będziesz nam donosił informację.
-Ja?-byłem zaskoczony.
-Moim zdaniem najbardziej się nadajesz. Doskonale znasz sprawę i jeszcze bigdy nie zawiodłeś.
-Co mam robić?
-To zostawiam tobie. Robisz co chcesz tylko ostrożnie.
Kurwa..-przeklnąłem w myślach.
Nie lubiłem takich działań. Jednak byłem zawsze gotowy do działania. Tym razem też nie zawiodę.

****

Całą noc przeglądałem życiorys podejrzanego. Mieszkał on z nową partnerką i jej córką. Jej matka miała problem alkoholowy. Poznałem wsystkie informacje o tej rodzinie jakie mieliśmy. Policyjna kartoteka tej rodziny była bogata w informacje.
Wiedziałem już jak się zbliżyć do podejrzanego. Troche mi się ten pomysł nie podobał jednak był jedynym jaki wpadł mi do głowy.
Pasierbica podejrzanego chodzi do tej samej szkoły co moja siostra. Muszę się zbliżyć do tej dziewczyny a moja siostra może mi pomóc. Będę działał pod przykryciem. Nikt nie może się dowiedzieć że jestem gliną.
Plan zaczynam od jutra.

sobota, 13 maja 2017

Od Any

  Nie mogłam się pozbierać po tym jak mnie potraktował Xavier. Gdy zjawiłam się w szkole wszyscy nie odrywali ode mnie wzroków które wyrażały żałość, smutek, współczucie i co najgorsze i najdziwniejsze - rozbawienie. Kroczyłam przez korytarz, marsz przez niego dłużył się niesamowicie a starałam się wyobrazić, że jestem sama i idę właśnie spóźniona na lekcje. Próbowałam wszystkiego by usunąć te spojrzenia sprzed moich myśli, chcę tylko przejść obojętnie, a nie mogę.
  Xavier i jego kumple, wraz z Clayem tylko się wygłupiali. Oprócz właściwie samego Claya. Nigdy mnie nie wyśmiewał, zawsze darzył mnie szacunkiem. Ten chuderlaczek, brunecik, który zawsze wyróżniał się z grupy Xaviera, z grupy koszykarskiej, która zawsze miała pierwsze miejsce. Zach, najwyższy z nich wszystkich obserwował mnie głupkowato się szczerząc, a Xavier był trzymany przez Justina, który właśnie rozpowszechniał jakiś post czy zdjęcie na Facebooka.
  Przeszłam szybko prosto w stronę klasy pod którą stała już zniecierpliwiona Jessica, o której kompletnie zapomniałam gdy przechodziłam powolnie przez korytarz pełen tych przeszywających spojrzeń.
-Gdzie byłaś? - spytała zdenerwowana - Czekam i czekam a Ty gdzie się podziewałaś?
-Po prostu się spóźniłam na autobus. - wykręciłam się z tłumaczenia i przemilczałam.
  Odwróciłam wzrok od tamtych ludzi i schowałam się za plecami wyższej od siebie Jess. Zdziwiła się, jednak nawet nie pytała.

  Dopiero od lekcji polskiego zaczął się koszmar. Od momentu upublicznienia posta wtedy z korytarza, okazało się że Justin wysłał wszystkim moje zdjęcie w bieliźnie. Oczywiście, nie byłam tak głupia by się dać sfotografować w takim stroju. Xavier zrobił to kiedy nie patrzyłam. Miał je usunąć, jednak wyszło szydło z worka.
  Unikałam spojrzeń ludzi, którzy po kolei dostawali MMsy z moim zdjęciem. Wszyscy, nawet Jessica spojrzała na mnie zaskoczona. Reszta się śmiała. Justin na początku też. Potem, gdy Jessica i jej chłopak Alex wraz z Clayem spojrzeli na niego wściekli przestał się uśmiechać. Zerknął na mnie szybko i spuścił wzrok, a ja wybiegłam z klasy prosto do łazienki. Tam się zamknęłam i wolałam spędzić resztę swojego życia.
  Jednak nie byłam w stanie się poruszyć po pewnym czasie. Wśród tych dzieciaków, 18 i 17 letnich nie widziałam cienia nadziei, że pojawi się ktoś, ktokolwiek, kto nie pójdzie za tłumem i nie zacznie ze mnie żartować. Wyśmiewali się ze mnie, chłopacy coraz bardziej zaczęli za mną łazić i robić rzeczy które przekraczały granice wytrzymałości. W damskim dziewczyny pisały moje nazwiska i pod nim obelgi. Jakby tego było mało - moja matka nawet nie chciała się mną zainteresować. Jej partner jedyne co potrafił to handlować marihuaną i zmuszać moją matkę do seksu. Nic więcej nie było u mnie w domu - starałam się tam w ogóle nie chodzić.
  Jak na 19latkę dużo przeszłam, w moim domu działy się rzeczy o których nie mogłam nikomu pisnąć słowem. O handlu narkotykami, dopalaczami, o przemocy. Tak, nie raz on podniósł na mnie rękę i nie raz dostałam, a matka nawet nie reagowała na to. Sąsiedzi wzywali policje na interwencję gdy krzyczałam na niego dopiero wtedy, jak puszczały mi nerwy. Jednak nigdy nie weszli z nakazem, policja odpuszczała a ja musiałam zapewniać, że to tylko kłótnia jak w każdej rodzinie się krzyczy. Wierzyli, bo potrafiłam perfekcyjnie kłamać. Musiałam.
  Wyszłam z łazienki pod koniec tej lekcji, gdy paraliż minął. Zamknęłam drzwi za sobą i ruszyłam do wyjścia.
-Panno Baker, proszę do mnie. - usłyszałam głos dyrektora - No już, szybko.
  Odwróciłam się na pięcie i weszłam do gabinetu czarnoskórego, wysokiego, dość grubszego dyrektora Files'a. Wpatrywał się we mnie pytająco, a ja nie wiedziałam co zrobiłam i ogarnął mnie stres. Czy zdjęcie dotarło też do niego...?
-Wyszłaś z lekcji biologii, co się stało? Mogę ci pomóc...
-Źle się poczułam.
-To znaczy?
  Zmarszczyłam brwi zirytowana.
-Dostałam okresu, mam mówić o szczegółach? - wypaliłam szybko zdenerwowana - Nie wiem czy chce pan o tym słuchać ale dobrze...
-Okej okej, nie było tematu. A teraz chciałaś uciec z lekcji?
-Jestem pełnoletnia, mam 19 lat... mogę wyjść.
-Wiesz, że jeśli to będziesz powtarzać wylecisz ze szkoły. Zmarnujesz sobie przyszłość.
-Jasne. - westchnęłam zmęczona tematem jednak na siłę się uśmiechnęłam by zapewnić, że rozumiem. - Jednak muszę wyjść, panie dyrektorze.
  Westchnął i spuścił wzrok zrezygnowany.
  Od momentu gdy rok temu pewien chłopak z naszej szkoły popełnił samobójstwo z niewyjaśnionych przyczyn szkoła zaczęła być bardzo ostrożna na nawet normalne zachowania uczniów. Dlatego dyrektor i pedagog są tak uczuleni gdy nawet w trakcie trwania lekcji uczeń pełnoletni wychodzi.
-Powiadomię twoich rodziców.
-Nie. Proszę tego nie robić, mieszkam sama od paru dni i dbam sama o siebie.
-No dobrze... idź.
  Wstałam szybko i wyszłam na parking. Naprzeciwko mnie był park tak zielony, że raził mnie w oczy. Uśmiechnęłam się mimo okropnego humoru a słońce przyjemnie grzało.
  Poprawiłam plecak na lewym ramieniu, przeczesałam dłonią włosy które ciągle wiały mi na twarz i ruszyłam przed siebie.
  Na swojej drodze w mieście spotkałam Xaviera. Był sam, szedł zadowolony z siebie krokiem pewniaka. Zacisnęłam zęby i podeszłam do niego.
-Co Ty sobie wyobrażasz? Miałeś nie mieć tego zdjęcia!
-Słuchaj, twoja wina, mogłaś się nie rozbierać u mnie...
-Przebierałam się! - krzyknęłam tak głośno, że ludzie na ulicy zaczęli się ciekawsko przyglądać - A Ty chamsko zrobiłeś mi zdjęcie!
-Nie moja wina. Słuchaj, niedługo i tak koniec roku, jesteśmy w ostatniej klasie. Co Ci to robi? Teraz wszyscy patrzą na ciebie jak na dobrą dupę. - parsknął.
-Czy Ty jesteś normalny?! - wrzasnęłam.
-Nie krzycz, Ano, cholera...
-Bo co?
-Nie wstawiłem tego zdjęcia. To nie ja to zrobiłem.
-Ale sam przyznałeś, ze to mój problem. Sam przyznajesz się, że Ty robiłeś to zdjęcie. Jeszcze jesteś z tego dumny. Ty w ogóle wiesz co zrobiłeś?













-To dla wygłupów... Justin to zrobił, nic takiego przecież...
-Ana? - usłyszałam za plecami głos Jess - Co Ty tu robisz? Z nim?
-Spotkaliśmy się i wyjaśniamy sprawy. - zmrużyłam oczy mierząc go wściekła.
  Mogłabym mu dać chętnie w mordę.
-Idziemy - pociągnęła mnie za ramię Jessica - Nie będziesz z nim rozmawiać.
  Podążyłam za nią i jedyne co mogłam zrobić to zapaść się pod ziemię.

poniedziałek, 8 maja 2017

Od Xandera

Uwielbiałem swoje życie. Co prawda śmierć ojca była wielką tragedią, która mnie dotknęła jednak szansa na dorwanie mordercy, który odebrał mi i moim bliskim ważna osobę poddnosiła mnie trochę na duchu. Tata zginął dwa lata temu i od tamtej pory usilnie szukam tego, który pozbawił Go życia.
Ten poranek był jak każde inne.
Obudziłem się i od razu po porannej toalecie zeszłem na dół do kuchni. Mama z siostrą robiły śniadanie.
Ada nakrywała do stołu a mama kończyła wypiekać omlety.
-Dzień dobry-powiedziałem i pokoleji pocałowałem każdą w czoło.
-Dzień dobry synu.
-Xander wyciśniesz sok? -zapytała Ada.
-Oczywiście.
Zgarnąłem kilka pomarańczy i szybko przekształciłem ich zawartość w zdrowy soczek.
-Jak tam w pracy?-zagadnęła mama
-Dancie spokój.. Mamy teraz na oku pewną grupę zorganizowaną, są sprytny jednak nie na tyle skoro juz o nich wiemy.
-A to czym się oni zajmują?-wtrąciła Ada.
-Kradną samochody i sprzedają je oszukując na przebiegu. Z naszych informacji wynika, że trochę przy narkotykach też szperają.
-To poważna sprawa.
-Jak każda mamo.-odparłem liedy usiedliśmy do stołu.
Rozmowa o pracy zakończona, mieliśmy drogocenną zasadę, że przy stole o pracy się nie rozmawia ani problemów z niej nie przynosi się do domu. Mogliśmy o tym porozmawiać ale nigdy przy wspólnym posiłku. Był to bowiem czas dla rodziny.
-Podziękujmy za ten posiłek oraz za to że kolejny dzień możemy być razem.-odparła mama poczym zaczeliśmy jeść śniadanie.
Uwielbiałem rodzinne poranki. Spotykaliśmy się wszyscy razem i spokojnie rozmawialiśmy przed powrotem do obowiązków. Ada jeszcze się uczyła a mama była pielęgniarką oraz położną w pobliskim szpitalu.
-Xander podrzucisz mnie do szkoły?
-Nie ma sprawy. Ubieraj się.-odparłem kiedy poranny posiłek dobiegł końca.
Posprzątaliśmy i każdy zaczął szykować się.
-Dzieci ja już uciekam bo dziewczyny podjechały już.-odparła mama.
-Miłego dnia.-odparliśmy z siostrą.
Krótko po tym jak mama wyszła dom opuściliśmy też ja z siostrą.
-Jedziemy dziś motorem.
-Znowu się potargam.-zaśmiała się Ada.
-I tak będziesz ładna-uśmiechnąłem się.
Założyliśmy kaski i odjechaliśmy.
Ady szkoła była po drodze do mojej pracy także bez problemu mogłem ją wozić kiedy zaczynałem pracę od 8 rano. Wolałem aby jeździła ze mną niż busem czy metrem. Tak było bezpieczniej.

niedziela, 7 maja 2017

Od Any

  Nigdy nie miałam problemów w szkole, w rodzinie ani ze znajomymi. Byłam lubiana. Kiedyś. Teraz zmieniło się wszystko od chwili gdy moi rodzice się rozwiedli. Nie wyobrażałam sobie mojej przyszłości, przynajmniej nie w ten sposób.
  Zaczęły się problemy z moim chłopakiem, Xavierem. Należał do tych spokojnych, ale w momencie wybuchowych dupków którzy myślą tylko w swoim ego. Niestety, i mnie się to podobało. Lubiłam go od chwili gdy przeniosłam się do tej szkoły, bo chodzę tu ledwie rok. A z nim zaczęłam spotykać się trzy miesiące temu i tak, jesteśmy czymś w rodzaju pary. '' Czymś w rodzaju pary'' - nie musimy chodzić ze sobą wszędzie, traktuje mnie czasem jak koleżankę a czasem jak dziewczynę i nie, nie umiem z nim o tym rozmawiać. Bo nie chcę go tracić. Już wolę przystać na to co jest teraz. 
  Czasem zastanawiałam się, czy to przywiązanie czy naprawdę jakaś popieprzona chora miłość, ale odganiałam te myśli. Czułam się zagubiona, a on traktował mnie jak własność. On mógł wszystko, ale ja nie.

  Weszłam do sklepu w którym obsługiwała przyjaciółka mojego ojca, kiedyś się bardzo przyjaźnili... nie wiem jak jest teraz... w każdym razie - zakręciłam do półek ze słodkościami i tam szukałam swojej ulubionej białej czekolady. Kucnęłam przy wielkim wyborze czekolad i starałam się znaleźć tą, którą jem zawsze. Aż tu nagle usłyszałam znajomy śmiech Xaviera i jego przyjaciółki Jenny. Gdy głosy ich rozmowy się zbliżały stanęli plecami do mnie obok lodówki z piwami. Nie zauważyli mnie. Powoli wstawałam by się przywitać i by podejść do nich, gdy nagle zobaczyłam jak on ją obejmuje, a ona całuje go w usta z szerokim uśmiechem. 
-Kocham Cię. - zaśmiała się słodko, a ja tylko na to patrzyłam.
  Aż w końcu za plecami pojawił się Clay, chłopak, który był niegdyś bliskim przyjacielem z dzieciństwa gdy jeszcze mieszkałam na River Street, tej bezpiecznej dzielnicy, nie to gdzie teraz. 
-Hej, Anastasia! - krzyknął za moimi plecami. Odwrócili się obydwoje, patrząc na mnie Xavier wyglądał na niewzruszonego, jednak Jenny zaniepokojona tym co mogłabym zrobić pod wpływem emocji zaczęła gorączkowo przepraszać. 
-Wyjdź i poczekaj przed sklepem. - rozkazał jej Xavier. 
-Co to ma znaczyć? - spytałam drżącym głosem. 
-Wytłumaczę ci wszystko, Ana. 
  Jenny stała jak wryta nawet nie poruszyła się na chwilę. 
-Nie chciałem mówić ci tego wprost, po prostu nie pasujemy do siebie, a to trochę dziwne że nawet do siebie nic nie czujemy. Przecież to wiesz, nie jesteśmy razem i nie będziemy, to było takie... chwilowe. Poza tym... Jenny jest fantastyczna w łóżku a my... nawet tego nie robiliśmy... nie zrozum mnie źle, po prostu...
-Zależy ci na dawaniu dupy?
-Po prostu cię nie kocham. Zaczęło się od zakładu z chłopakami, potem poszło w zupełnie inną stronę...
-Zakładu...?
-Że cię przelecę... ale wtedy by... wtedy już poszło to w inną stronę.
-Co chciałeś powiedzieć? Co wtedy było? 
-Nie ważne, teraz już mam to wszystko gdzieś. Ciebie tym bardziej. I tyle. Nara.
  Patrzyłam na niego słuchając tych wszystkich głupot, co on tak naprawdę mówi i słowa odbijały się ode mnie jak o mur nie do zbicia. Odbijały się echem jeszcze parę dobrych minut zanim wyszłam.









-Jak mogłeś mi to zrobić? Przecież... 
-Skończyłem, Ano. To koniec. - złapał za rękę Jenny i wyszli nawet mnie nie słuchając.
  Dopiero teraz zorientowałam się, że kumple Xaviera również znajdują się w sklepie, stali tuż za mną wraz z Clayem...
Popisówka. 
  Clay tylko przyglądał mi się ze współczuciem, a ja chwile po ich wyjściu szybko opuściłam sklep wychodząc na zewnątrz.












-Anastasia! - krzyknął Clay ale ja pobiegłam przed siebie. 
  Poszłam do domu Jess, która mieszkała na jednej z dzielnic na której aktualnie mieszkał Xavier. Pomyślałam o nim i nie czułam nic. Nawet tej udawanej miłości, to było zauroczenie. Jak łatwo można w to wpaść i się zatracić? I to aż tak szybko? 
  Zapukałam energicznie do drzwi Jess. Słyszałam jak zbiega po schodach jej energiczna, zawsze uśmiechnięta mama. Otworzyła drzwi i widząc jak płacze objęła mnie szybko i delikatnie. Za jej plecami stanęła moja przyjaciółka. Wyglądała jakby już wcześniej wiedziała o tym co może nastąpić, jednak nic nie mówiła.
-Zabiorę ją do pokoju, mamo. - oznajmiła i złapała mnie za rękę prowadząc krętymi, białymi schodami na górę. 
-Gdybyście czegoś potrzebowały to wołajcie. - odparła pani Foley, nerwowo wycierając dłonie w ścierkę. 

  Leżałam już drugą godzinę na jej dużym, miękkim łóżku pijąc gorącą czekoladę. Jess uśmiechnęła się wchodząc do pokoju zestawem do makijażu.
-Cała się rozmazałaś. - pogładziła mnie po policzku zmazując czarną zaschniętą smugę tuszu do rzęs. - I na dodatek jeszcze się nie rozweseliłaś...
-To był zakład. Wiedziałaś? 
-Słyszałam jak mówili o tym na mojej urodzinowej imprezie tydzień temu. Wspominali coś o tym, ale Xavier zarzekał się, że to przeszłość i chłopaki mają milczeć... A gdy chciałam z tobą o tym pogadać nawet nie chciałaś mnie słuchać bo jechałaś z nim do jego rodziców... pamiętasz?
-Nie mam Ci tego za złe, Jess... po prostu nawet nie boli mnie rozstanie tylko jak mnie potraktował. Jak świnia.
-Xavier to największy tępak i największa świnia w szkole. Wiedziałaś w co się pakujesz. Nawet nie mogłam cię chronić... 
-Sama jestem kowalem własnego losu, prawda? - parsknęłam przez łzy.
-Naprawimy to coś na twojej twarzy i odwiozę cię do domu. 
  Jessica miała już prawo jazdy, jednak rzadko kiedy jeździła. Jej ojciec był przewrażliwiony na jej punkcie, był bardzo opiekuńczy. Jednak jedno trzeba przyznać Jess. Ma opiekuńczość po ojcu - nigdy nie pozwoliła mnie skrzywdzić... jednak obawiałam się, że tym razem sama przed nią się broniłam. Bo bałam się najgorszego...