niedziela, 7 maja 2017

Od Any

  Nigdy nie miałam problemów w szkole, w rodzinie ani ze znajomymi. Byłam lubiana. Kiedyś. Teraz zmieniło się wszystko od chwili gdy moi rodzice się rozwiedli. Nie wyobrażałam sobie mojej przyszłości, przynajmniej nie w ten sposób.
  Zaczęły się problemy z moim chłopakiem, Xavierem. Należał do tych spokojnych, ale w momencie wybuchowych dupków którzy myślą tylko w swoim ego. Niestety, i mnie się to podobało. Lubiłam go od chwili gdy przeniosłam się do tej szkoły, bo chodzę tu ledwie rok. A z nim zaczęłam spotykać się trzy miesiące temu i tak, jesteśmy czymś w rodzaju pary. '' Czymś w rodzaju pary'' - nie musimy chodzić ze sobą wszędzie, traktuje mnie czasem jak koleżankę a czasem jak dziewczynę i nie, nie umiem z nim o tym rozmawiać. Bo nie chcę go tracić. Już wolę przystać na to co jest teraz. 
  Czasem zastanawiałam się, czy to przywiązanie czy naprawdę jakaś popieprzona chora miłość, ale odganiałam te myśli. Czułam się zagubiona, a on traktował mnie jak własność. On mógł wszystko, ale ja nie.

  Weszłam do sklepu w którym obsługiwała przyjaciółka mojego ojca, kiedyś się bardzo przyjaźnili... nie wiem jak jest teraz... w każdym razie - zakręciłam do półek ze słodkościami i tam szukałam swojej ulubionej białej czekolady. Kucnęłam przy wielkim wyborze czekolad i starałam się znaleźć tą, którą jem zawsze. Aż tu nagle usłyszałam znajomy śmiech Xaviera i jego przyjaciółki Jenny. Gdy głosy ich rozmowy się zbliżały stanęli plecami do mnie obok lodówki z piwami. Nie zauważyli mnie. Powoli wstawałam by się przywitać i by podejść do nich, gdy nagle zobaczyłam jak on ją obejmuje, a ona całuje go w usta z szerokim uśmiechem. 
-Kocham Cię. - zaśmiała się słodko, a ja tylko na to patrzyłam.
  Aż w końcu za plecami pojawił się Clay, chłopak, który był niegdyś bliskim przyjacielem z dzieciństwa gdy jeszcze mieszkałam na River Street, tej bezpiecznej dzielnicy, nie to gdzie teraz. 
-Hej, Anastasia! - krzyknął za moimi plecami. Odwrócili się obydwoje, patrząc na mnie Xavier wyglądał na niewzruszonego, jednak Jenny zaniepokojona tym co mogłabym zrobić pod wpływem emocji zaczęła gorączkowo przepraszać. 
-Wyjdź i poczekaj przed sklepem. - rozkazał jej Xavier. 
-Co to ma znaczyć? - spytałam drżącym głosem. 
-Wytłumaczę ci wszystko, Ana. 
  Jenny stała jak wryta nawet nie poruszyła się na chwilę. 
-Nie chciałem mówić ci tego wprost, po prostu nie pasujemy do siebie, a to trochę dziwne że nawet do siebie nic nie czujemy. Przecież to wiesz, nie jesteśmy razem i nie będziemy, to było takie... chwilowe. Poza tym... Jenny jest fantastyczna w łóżku a my... nawet tego nie robiliśmy... nie zrozum mnie źle, po prostu...
-Zależy ci na dawaniu dupy?
-Po prostu cię nie kocham. Zaczęło się od zakładu z chłopakami, potem poszło w zupełnie inną stronę...
-Zakładu...?
-Że cię przelecę... ale wtedy by... wtedy już poszło to w inną stronę.
-Co chciałeś powiedzieć? Co wtedy było? 
-Nie ważne, teraz już mam to wszystko gdzieś. Ciebie tym bardziej. I tyle. Nara.
  Patrzyłam na niego słuchając tych wszystkich głupot, co on tak naprawdę mówi i słowa odbijały się ode mnie jak o mur nie do zbicia. Odbijały się echem jeszcze parę dobrych minut zanim wyszłam.









-Jak mogłeś mi to zrobić? Przecież... 
-Skończyłem, Ano. To koniec. - złapał za rękę Jenny i wyszli nawet mnie nie słuchając.
  Dopiero teraz zorientowałam się, że kumple Xaviera również znajdują się w sklepie, stali tuż za mną wraz z Clayem...
Popisówka. 
  Clay tylko przyglądał mi się ze współczuciem, a ja chwile po ich wyjściu szybko opuściłam sklep wychodząc na zewnątrz.












-Anastasia! - krzyknął Clay ale ja pobiegłam przed siebie. 
  Poszłam do domu Jess, która mieszkała na jednej z dzielnic na której aktualnie mieszkał Xavier. Pomyślałam o nim i nie czułam nic. Nawet tej udawanej miłości, to było zauroczenie. Jak łatwo można w to wpaść i się zatracić? I to aż tak szybko? 
  Zapukałam energicznie do drzwi Jess. Słyszałam jak zbiega po schodach jej energiczna, zawsze uśmiechnięta mama. Otworzyła drzwi i widząc jak płacze objęła mnie szybko i delikatnie. Za jej plecami stanęła moja przyjaciółka. Wyglądała jakby już wcześniej wiedziała o tym co może nastąpić, jednak nic nie mówiła.
-Zabiorę ją do pokoju, mamo. - oznajmiła i złapała mnie za rękę prowadząc krętymi, białymi schodami na górę. 
-Gdybyście czegoś potrzebowały to wołajcie. - odparła pani Foley, nerwowo wycierając dłonie w ścierkę. 

  Leżałam już drugą godzinę na jej dużym, miękkim łóżku pijąc gorącą czekoladę. Jess uśmiechnęła się wchodząc do pokoju zestawem do makijażu.
-Cała się rozmazałaś. - pogładziła mnie po policzku zmazując czarną zaschniętą smugę tuszu do rzęs. - I na dodatek jeszcze się nie rozweseliłaś...
-To był zakład. Wiedziałaś? 
-Słyszałam jak mówili o tym na mojej urodzinowej imprezie tydzień temu. Wspominali coś o tym, ale Xavier zarzekał się, że to przeszłość i chłopaki mają milczeć... A gdy chciałam z tobą o tym pogadać nawet nie chciałaś mnie słuchać bo jechałaś z nim do jego rodziców... pamiętasz?
-Nie mam Ci tego za złe, Jess... po prostu nawet nie boli mnie rozstanie tylko jak mnie potraktował. Jak świnia.
-Xavier to największy tępak i największa świnia w szkole. Wiedziałaś w co się pakujesz. Nawet nie mogłam cię chronić... 
-Sama jestem kowalem własnego losu, prawda? - parsknęłam przez łzy.
-Naprawimy to coś na twojej twarzy i odwiozę cię do domu. 
  Jessica miała już prawo jazdy, jednak rzadko kiedy jeździła. Jej ojciec był przewrażliwiony na jej punkcie, był bardzo opiekuńczy. Jednak jedno trzeba przyznać Jess. Ma opiekuńczość po ojcu - nigdy nie pozwoliła mnie skrzywdzić... jednak obawiałam się, że tym razem sama przed nią się broniłam. Bo bałam się najgorszego... 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz