Pewnego wieczoru postanowiłam poza szkołą dorabiać gdzieś. Jako że miałam już skończone 19 lat mogłam pełnoprawnie pracować, jedynym problemem była szkoła, która przeważała wszystko. Wolałam dorabiać sobie na swoje potrzeby, a jedyne do czego mogli mnie przyjąć ( tam gdzie płacili w miarę rozsądnie) była praca parkingowego. W jakimś biurowcu był dość spory parking pełen obrzydliwie drogich samochodów, a brakowało im kogoś komu można zaufać.
Szefem był ochroniarz budynku, jakby stróż. A szefem mojego szefa był mój ojciec. Stąd dostanie dobrej pracy i na dodatek płatnej bardziej niż gdziekolwiek indziej. Tata od wielu lat starał się jakoś złapać ze mną kontakt aczkolwiek ja wolałam go unikać. On nas zostawił, nie winiłam go, że małżeństwo moich rodziców się rozpadło. Bo to była wina matki. Od początku do końca poszła na dno zaraz gdy wpadła w wir alkoholiczki i uzależnionej od narkotyków.
Pierwszy dzień w piątkowy, dość wczesny wieczór zaczął się nudnawo. To zdecydowanie jedna z tych gorszych prac i tych źle płatnych. Jednak wolałam zapamiętać wskazówki które dał mi szef.
1.Nie słuchać muzyki
2.Nie słuchać muzyki również przez słuchawki
3.Jedyne co możesz robić, to czytać gazety, książki, ale najważniejsze - nie trać czujności
Są tak przewrażliwieni bo często padają ofiarą kradzieży samochodów. A dziś miałam sporo pracy bo przyjeżdżali z różnych krajów na jakieś ważne spotkanie biznesowe.
Dostałam pierwsze kluczyli wypasionej białej Tesli. Nie za bardzo znałam się na markach, ale odróżniałam co nie co. Samochody przyjeżdżały, co jedne to droższe i bardziej wypasione, jakich moje oczy jeszcze w życiu nie widziały.
Aż w końcu, po nudnej robocie przyjechało zwykłe, czarne, lśniące BMW. Siedziałam na krześle obserwując co chwilę kamery. Do budki podszedł mężczyzna z jakąś wyfiokowaną blondynką, była może starsza o rok ode mnie?
-Masz. - parsknął do mnie z wyższością i rzucił kluczyki na blat.
Uniosłam brwi i siedząc na krześle wcale nie ruszyłam się z miejsca obserwując go.
-Gdyby pan powiedział to z szacunkiem, może zastanowiłabym się jeszcze raz o tym, czy przyjmować pana samochód.
-Nie dyskutuj ze mną gówniaro i rób co każę.
Z poważną, kamienną twarzą sięgnęłam do kluczyków i palcem wskazującym zrzuciłam je z lady z przodu tak, że te osunęły się na betonową zabrudzoną podłogę.
Nagle mężczyzna stał się czerwony, kipiało od niego a ja nie zmieniając wyrazu twarzy wstałam i spojrzałam na niego jeszcze raz przybierając szeroki uśmiech.
-W czymś mogę pomóc?
Mężczyzna podniósł kluczyki i podał mi je, uderzając nimi.
-Proszę.
Blondynka obok mężczyzny pokręciła głowa zażenowana jego zachowaniem. Spojrzała na mnie i szybko spuściła wzrok.
Przyjęłam auto i kluczyki, zarejestrowałam je i zajechałam do odpowiedniego miejsca przeznaczonego dla tego samochodu. Usłyszałam po chwili trzaski, było już późno, a nikogo o tej godzinie nie ma prawa być. Poszłam to sprawdzić, zaszłam od tyłu białego Renault Kadjara i zobaczyłam krwawiącego mężczyznę. Wyjęłam zdenerwowana paralizator którym mogłam dysponować i używać jedynie w wyjątkowych przypadkach. A to był... chyba... wyjątkowy przypadek.
-Rzuć to! - wycelował we mnie pistoletem, a serce w momencie mi stanęło.
Zacisnęłam zęby i odłożyłam powoli paralizator.
-Spokojnie... - zaczęłam starając się opanować - rzuć ten...
-Bierz kluczyki i wsiadaj! - krzyknął.
Wyjęłam z kieszeni jednego z wyścigowych samochodów na parkingu. Wpatrywałam się w nie i nagle koleś przeładował broń.
-Mam strzelić czy się weźmiesz do roboty? Wsiadaj, powiem ci gdzie jechać.
Jego ręka była w opłakanym stanie, drugą ręką wziął torbę ze sporą sumą pieniędzy. Zamknęłam oczy zdenerwowana, ręce mi się pociły a mężczyzna niecierpliwił.
-Jedziesz czy mam ci pomóc? - spytał przybliżając pistolet do mojej głowy.
Zapłakana ruszyłam i wyjechałam z parkingu. Kierował mnie gdzie mam jechać, gdy dojechaliśmy do jakiegoś budynku biurowego weszliśmy na samo piętro - 15 - i tam wprowadziło mnie trzech mężczyzn w garniakach.
-Siadaj. - rozkazał jeden z nich i rzucił mnie na kanapę.
Przy biurku siedziało dwóch mężczyzn, blondyn i brunet.
-Kto to jest? - warknął blondyn.
-Widziała mnie. Musiała mnie zawieźć bo miałem mały wypadek z ochroniarzem. Postrzelił mnie ale uciszyłem go odpowiednio.
Mój szef... zamordowany...?
Wpatrywałam się spanikowana w twarze bruneta i blondyna. Parsknęli śmiechem widząc moją minę.
-Dobra, ona nam się może przydać. Potrzebujemy kreta.
-Ja mam być kretem? - spytałam szeptem.
Wszyscy ucichli, spojrzeli na mnie a brunet z uśmiechem jedynie powiedział ostatnie słowa które dziś usłyszałam.
-Zamknąć ją.
Ten budynek musiał należeć do nich. Był wielki, obszerny i wszyscy latali na posyłki tych dwóch. Ich twarze kojarzyłam z magazynów, byli kuzynami. Bardzo się liczyli ze swoim zdaniem. Jednak nie siedzę w brukowcach i nie czytam pudelkowych stronek. Jednak bałam się co moga mi zrobić i w co ja się do cholery wpakowałam...
Ojciec na pewno jak się dowie zacznie mnie szukać... A matka z tym swoim beznadziejnym partnerem nie zauważą że zniknęłam. Obym szybko się stąd wydostała... a czułam, że wcale się nie wydostanę..
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz