Cole spojrzał mi w oczy i rozpalił papierosa nie odrywając ode mnie swoich brązowych oczu. Było coś w nich, co nie pozwoliło mi dłużej patrzeć prosto w nie. Odwróciłam wzrok jak spłoszone dzikie zwierzę by uciec chociaż w ten sposób od czegoś, co dotyczy tej chorej sytuacji w jakiej się znalazłam.
Zaśmiał się. Nic nie powiedział, nawet mnie nie dotknął. Odszedł, za nim poleciał smród tytoniu. Podszedł do swojego biurka i wyciągnął z szuflady która była na klucz jakąś teczkę. Była czarna, gruba, pełna jakiś zdjęć ludzi.
-Pozwól do mnie, Ano - powiedział cicho, że ledwo go usłyszałam - Nie rozumiesz o co nam chodzi, a wydaje mi się, że powinnaś chociaż to wiedzieć. Spójrz na nich - wskazał palcem na jakiś mężczyzn.
-Kto to? - spytałam nieśmiało.
-Ludzie z FBI, policji, tych, co służą za coś w rodzaju mafię ale działają dla dobra publicznego i społecznego. Od dawna nas próbują znaleźć, oczywiście, nie wiedzą, że ci co rozprowadzają narkotyki, dopalacze i tym podobne to najbogatsi ludzie w kraju. Mamy opłaconych adwokatów, sędziów, niektórych psów. Jesteśmy nietykalni. Od chwili gdy nas próbowali odkryć my wykpiliśmy ich przed samym sądem.
-Więc czym się martwicie?
-Otóż, kotku, problem jest lewe załatwianie narkotyków z którym walczymy. Ludzie, którzy robią to trując ludzi bardziej i dosypując im syfu psują nasz wizerunek. Ludzie boją się czasem brać coś co jest bezpośrednio od nas. Zajmujemy się też lewą dostawą i wyrobem paliw. Wszystko leci do Polski, Hiszpanii, od nas z naszej pięknej Ameryki.
-I za to też was gonią?
-Nie, oczywiście, nawet na to nie wpadli.
-A więc po co wam jakaś nieznaczna dziewczyna z plebsu?
Spojrzał na aktach jednego z mężczyzn, bez nazwiska, imienia ani zdjęcia. Same informacje, a było ich mnóstwo.
-Bo spotkałaś dowódcę z jednej z naszych grup. Nie jesteśmy jakimś tam lewym towarem... Moje grupy są podzielone, ja nimi zarządzam. Uczę ich jak powinni walczyć z FBi, psami i kretami. Krety to ludzie którzy są bardziej wyszkoleni. Sam kiedyś tam pracowałem... jako kret.
-Co...? - wypaliłam. - I dlaczego trafiłeś tu?
-Odkąd wiele się pozmieniało. Od właśnie tego typa. - wskazał na dokumentacje mężczyzny na którym się zatrzymałam.
Wziął dym w usta i powoli go wypuścił.
-Xander. Tak ma na imię.
-Czemu nie ma tu jego zdjęcia...?
-Bo nikt nigdy go nie złapał. Jest sprytny, nigdy nie pozwoli się sfotografować bo to wyczuwa. Razem z nim dorastałem i razem z nim się szkoliłem. Jednak od pewnego incydentu nienawidzę go jak nikogo innego. Staram się go odszukać, to dlatego naciskam na to by wysyłać szpiega. Jestem tu tylko z powodu odszukania go i zemsty. - zacisnął zęby. - Jeśli go znajdziesz i doprowadzisz do mnie, przysięgam, że nagroda cię nie ominie jak i wolność i całkowita obrona przed policją. Gdy rozprawię się z Xanderem mogą cię odnaleźć psy i zwinąć doprowadzając do odpowiedzialności za udziały. Ale do tego nie dojdzie bo zapewnię ci ochronę. Tylko go znajdź. I przyjdź do piwnic do strzelnicy. Będę tam po twoich szkoleniach.
Kiwnęłam głową.
-Tak jest. - odeszłam.
Justin obserwował mnie na każdym kroku na szkoleniu. Dostawałam cios za ciosem, próbowałam się podnieść gdy widziałam że wymierzany był kolejny cios.
-Stop. - odezwał się głos w tle.
Nie rozpoznałam go, czułam, jak dziwna gęsta substancja leje mi się z dolnej wargi.
-Dość na dziś, Brand. Odejdź. Na litość, Justin, co tak stoisz? Podnieś ją. - warknął Cole.
Gdy siedziałam starając się opanować karuzelę w głowie słyszałam jak słowa odbijały się echem.
-Pora nauczyć się jak korzystać z broni?
-To nie dla ciebie, skarbie. To ci sie nie przyda. - westchnął Cole - Odwiozę cię do domu. Jadę akurat na spotkanie biznesowe, wezmę cię ze sobą.
Nic nie powiedziałam, bo pasował mi taki układ. Idealnie się złożyło, nawet nie byłabym w stanie iść.
W domu gdy przekroczyłam próg mieszkania dostałam od ojczyma prosto w twarz. Upadłam na ziemię i sturlałam się ze schodów porządnie tłucząc sobie twarz.
-Gdzieś ty się szmato podziewała!? Matka odchodziła od zmysłów, gówniaro!
Ja jedyne co, przewróciłam się na plecy i dławiłam się własną krwią. Gdy usłyszałam kłótnię, potem dźwięk syren i policję.
-Hej! Xan, tu jest poszkodowana...
-Nie jestem poszkodowana... - warknęłam.
-Wezwij karetkę.
-Ale ona...
-Cholera, Roxy... - warknął mężczyzna i kucnął przy mnie.
Podniosłam się na łokciach i spojrzałam na niego.
-Ile widzisz palców?
-Tyle ile pokazujesz. - odparłam wściekła. - Gdzie ten skurwiel... - wymamrotałam.
-Obyłoby się bez wulgaryzmów... Zaraz... ja cię skądś znam... - zaczął.
-Gdybym nie była uwalona od krwi i wyglądała jak człowiek może byśmy się poznali. - odparłam złośliwie.
-Nic panią nie boli? - spytała ta kobieta z policji.
-Na Boga, nie, możecie mi pomóc wstać i nie robić scen...? Proszę...
Mężczyzna pomógł mi wstać a ja już o własnych nogach wyrwałam się policjantowi. Spojrzałam jak dwóch starszych policjantów siłuje się z zćpanym ojczymem.
Gdy go zobaczyłam chciałam na niego ruszyć, jednak słyszałam z głębi domu płacz i histerię matki. Też ją zabierali. Była cała nafaszerowana świństwem, które ten szmaciarz jej wciskał. Cały dom był obładowany narkotykami i tym podobnymi, ja oczywiście udawałam, że nic nie wiem.
-Powinnaś iść do szpitala... - urwał policjant, patrzył na mnie jakby go olśniło, jakby mnie poznał.
Jednak zignorowałam to.
-Znam cię skądś... ty nie jesteś nauczycielem w Preason Preak School?
-Dorabiam tam jako nauczyciel w-fu.. - odparł szybko, jakby się starał wymigać.
-Aaa...
-Siadaj. - kazał mi przycupnąć na schodach wejściowych do domu.
Wykonałam jego prośbę, głowa mi pulsowała.
-Wiedziałaś o narkotykach?
-Nie.
-Mów prawdę.
-Nie wiedziałam. Rzadko bywałam w domu, w takiej patologii trudno siedzieć spokojnie.
-Ale wychowałaś się w tej dzielnicy?
-Nie. Mój ojciec jest biznesmenem w firmie samochodowej, ma biurowiec w Nowym Jorku, są rozwiedzeni... w sensie... rodzice. Matka pracowała kiedyś jako dziennikarka teraz już przez partnera przestała pracować na jego ''rozkaz''.
Kobieta obok niego przestała notować.
-Resztę dowiem się od rodziców poszkodowanej. - odparła i odeszła.
Nachylił się nade mną i westchnął.
-Nikomu ani słowa, że widziałaś mnie w policji...
-A to takie tajne?
-Wolałbym by pozostało przynajmniej tajemnicą dla ciebie.
-Jasne.
-Twoje imię?
-Hm?
-Jak się nazywasz? Potrzebuję do raportu.
-Anastasia Baker. - odparłam powoli.
-Może lepiej zostań na komendzie, podamy ci medykamenty odpowiednie do tego stanu i potem ktoś odwiezie cię do domu.
-Po co jak już jestem pod domem i nic mi nie jest poza głową? Poza tym, nie bój nic, nikomu nie powiem o tym, że jesteś z policji... Niedługo kończę rok szkolny a z nikim tam nie rozmawiam.
-Czemu?
-Mój biznes. - odparłam. - Chyba tego do raportu nie potrzebujesz, co, milicjanciku?
-Jasne. - mruknął. - Na razie.
Zniknął zaraz za bramką.
Dopiero wieczorem podjechało czarne volvo, lśniące, odbijające światło lamp od blachy. Wysiadł z niego Cole, w szarej bluzie, czarnych jeansach. Nigdy w życiu nie pomyślałabym, że może wyglądać... normalnie? Jak... nie-biznes-robot?
-Co się stało? - spytał podbiegając do mnie.
-Ehm... - dopiero teraz zauważyłam, że siedziałam dalej na tych schodach, zziębnięta i ledwo co ogarniająca. -Ojczym mnie uderzył... zrzucił ze schodów... przyjechała policja...
-Ktoś kto wydawał się dziwnie wypytujący?
-Nie... chyba... wszyscy byli tacy rozmazani...
-Wejdź do środka. Jutro nie przychodź do biura. Justin będzie miał cię na oku. Jeśli zobaczy kogoś podejrzanego...
-On wie? O twojej przeszłości? I tym całym Xanderze?
-Nie. To ma być tajemnica, Ano. Na pewno dasz sobie radę?
-Nie martw się o mnie... szefie. - pomógł mi wstać i doprowadził do drzwi. - Dziękuję...
Może wcale nie jest taki zły za jakiego się podaje...? Albo... udaje...?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz