Wyluzowana siedziałam na krześle starając się nie pozwolić mu się sprowokować. Rozwaliłam się jeszcze bardziej na miejscu które zajmowałam a on spoglądał na mnie z twarzą jakby chciał wejść w moje myśli i od razu wszystkiego się dowiedzieć.
-Wybacz - zaczęłam swobodnie - ale zdaje się, że to logiczne, że nic nie wiem o tym od kogo ma te świństwa. Robił to na boku, dodawał tam jakieś dopalacze, z tego co wiem. Widziałam nie raz jak to robił. Zasiadał do stołu i nie robił nic innego, nie jadł, po prostu zajmował się tym gównem. Ojciec sam jest swoim pracodawcą. Od nikogo nie ma towaru. On ma to wszystko z innych krajów, nie raz przyjeżdżały samochody, dziwne, takie duże i transportowe, rozumiesz, że niby ''dostarczenie mebli''. Sąsiedzi pytali się o to co tak ciągle mamy liczne dostawy... musiałam robić to, co kazał mi mój ojczym. Nienawidzę go z całego serca i nawet nie mam zielonego pojęcia, kto mógł pracować wraz z nim. Bo on sam robił dopalacze, sam to wszystko planował. On był założycielem swojego mini biznesu a mnie, przepraszam bardzo, proszę nie podejrzewać, że mogłabym maczać w tym paluszki. - uśmiechnęłam się.
-Myślę, że jednak przeraziła panią wizja współudziałów?
-Ależ skąd - zaśmiałam się. - Przyznaję, nie dziwię się, że jesteś na wydziale śledczym... bo jesteś na tym wydziale? No oczywiście, mogę się domyślać... Uroczy jesteś, każda chyba przesłuchiwana małolata poleci na przystojniaka-śledczego... ale wybacz, ja nie jestem małolatą, przynajmniej nie taką, która pozwala sobie na sugerowanie obrzydliwych spraw, o których nie mogę panu wyjawić ponieważ... tu się pan zdziwi bądź nie... nie mam pojęcia o głębszych sprawach mojego ojca.
-Muszą być chociaż jakieś tropy na to skąd miał potrzebne towary do wyrobu dopalaczy i tym podobnych.
-W tej sprawie... - zaczęłam uśmiechnięta - mogę nawet wpuścić cię i twoich koleżków do mojego domu byście tam pogrzebali, wzięli co trzeba i dali mi spokój. Nic nie mam przeciwko. A tym bardziej nic do ukrycia.
-Niech będzie. Możemy jechać tam za... zaraz.
Zaśmiałam się.
-A pan podejrzewa mnie o współudziały... Proszę mnie wiecej nie straszyć, bo się wzruszę. - spojrzałam na niego rozbawiona.
Milczał przez chwilę, potem nachylił się do mnie z naprzeciwka opierając o biurko.
-Nie działa na mnie błysk śnieżnobiałych zębów pięknej dziewczyny, czy też brzydkiej. Rozbawiona i rozluźniona osoba podejrzana o współudziały również nie robi na mnie wrażenia. Dalej mam cię na oku.
-Powinnam się cieszyć, że przystojny policjant ma mnie na oku, nie? - spytałam a on przewrócił oczami. - Droczę się tylko, jeny... jaki sztywniaczek. - wzruszyłam ramionami.
W moim domu pozwoliłam przeszukać pomieszczenia przeznaczone do tego. Czyli - mój pokój i niegdyś gabinet ojca który stał się domową piwnicą na graty z mojego dzieciństwa których jest w bród - to pokoje które nie są odwiedzane zbyt często. Ja nie sypiałam w tym domu odkąd sytuacja zaczęła się psuć. Do starego gabinetu ojca zwanego dziecinną graciarnią Any przestał również być odwiedzany. Stał się muzeum, zapomnianym i nie odwiedzanym.
Zbyt wiele wspomnień z ukochanym ojcem, który niegdyś był dla mnie wszystkim. Teraz nawet nie patrzę na ten pokój gdy przechodzę do łazienki.
-A ten? Co to za pokój? - spytał Uroczy Śledczy.
Spojrzałam na Graciarnię.
-Pokój wspomnień dzieciństwa. Wolałabym go nie otwierać.
-A jednak poproszę o to, by pani mogła być tak łaskawa i otworzyła te drzwi.
-Lekceważy mnie pan. - odparłam oburzona. - Ja pierniczę, trudno mi otworzyć te drzwi, boli mnie serce gdy je otwieram, patrzę na te wszystkie rzeczy... a pan każe mi otwierać?! Łaskawie?!
-Skoro tak trudno pani otworzyć te drzwi poproszę o klucz, sam się zapoznam z pokojem.
-Bezczelny... - mruknęłam pod nosem.
Scena niemal wyciągnięta i przyklejona z kabaretu. Sama mimo tragizmu sytuacji śmiałam się gdy patrzyłam na poważną minę Uroczego Śledczego.
Kto jest w domu? Relacja. - usłyszałam głos, który dochodził z czipa.
Był to głos Bryce'a.
Jednak nie zmieniłam zachowania i podejścia do sprawy. Zignorowałam nagłą aktywność ze strony biznesmena i dalej zerkałam na pęk kluczy trzymanych w mojej dłoni. Podniosłam je i spojrzałam zła na Uroczego Śledczego i podałam mu klucz który wskazałam. Otworzył drzwi, oddał mi klucze a ja odeszłam kawałek na korytarz. Śledczy wrócił po paru chwilach, oddając mi to co moje i spojrzał na mnie.
-Teraz jestem spokojniejszy. Ale i tak cierpię, bo tracę wiarę w to, że możesz być niewinna... - dodał i powoli odszedł.
Zła spiorunowałam go wzrokiem.
-Bezczel jak nic. - odparłam.
-I jak sprawy? - spytał Śledczy.
-Nic nowego jak używki, dopalacze, butelki i plamy po alkoholu. Nic dziwnego, że dziewczyna tu nie mieszkała.
-Jak to nie mieszkała?
-Nie ma tu jej rzeczy.
-Ależ są, na górze w pokoju. Jednak większość czasu spałam u przyjaciółki Jessiki.
-Jest zamieszana w sprawę i wie o tym co działo się w domu?
-Wie o tym, że ojciec był tyranem... jednak nic o narkotykach nie wie. Musiałam milczeć, więc nikt nie wie o tym co naprawde tu miało miejsce. - odparłam.
-Mogę przeszukać twój pokój? - spytał Uroczy.
-No wiesz?! Chyba kpisz! - parsknęłam. - Jezu, jakie chamstwo. Wybacz, ale to moja prywatna jaskinia i wy nie macie tam wstępu. No Boże, przecież nie kryję tam paczek koksu, czy czego tam jeszcze... nie znam się na tym więc... a w dupie tam! Nie mieszajcie mnie w szemrane sprawunki mojego ojczyma bo naprawdę... przesadzacie!
-Co tu się dzieje? - do środka wszedł ojciec z jednym ze swoich prywatnych ochroniarzy. Zawsze z nimi łaził odkąd się dorobił fortuny i nie jeden próbował go skosić.
-A kim pan jest, przepraszam? - spytała ruda, poddenerwowana policjantka.
-Jestem ojcem Anastasji. Co tu się do cholery dzieje!?
-Byłby pan skłonny złożyć zeznania w sprawie przetrzymywania narkotyków i innych używek na komendzie? - spytała ruda.
Ojciec spojrzał na mnie przerażony.
-Och! - zaśmiałam się. - To nie w mojej sprawie... zabrali mamę i jej ćpuna.
-Cholerny idiota... - mruknął ojciec pod nosem wspominając znienawidzonego kochanka matki. - Wybaczy pani... oczywiście, złoże i powiem to co wiem...
-Może pan w obecności adwokata, jeśli pan tego wymaga...
-Nie, nie ma potrzeby. - machnął ręką tata.
Ostatnio tak wyluzowanego widziałam na nagraniach gdy przyszłam na świat. Był najszczęśliwszym ojcem stąpającym po Ziemi...
Tak naprawdę matkę wsadzą za współudział i za to, że była agresywna i pod wpływem wszystkich świństw które znajdowały się na tablicy Mendelejewa. I zostanę sama.
Nie sama.
Mam tatę, który mnie niegdyś opuścił dla pieniędzy i wygodnych kanap jakie fundowały uroki bogactwa.
-Będziemy w kontakcie. - skinął głową Uroczy Śledczy i wszyscy się zwinęli a ja jedyne co miałam w głowie to to, by powiadomić o wszystkim Justina.
Justin zwolnił się ze szkoły i zaszył się w agencji. Nadal nie wiedziałam jaki ma on związek z Bryce'em czy Cole'em jednak... dziwił mnie ich bliski kontakt.
Weszłam, stukając czarnymi obcasami o panele wchodząc do gabinetu Bryce'a. Cole stał przy oknie paląc papierosa.
-Czemu do cholery mnie zignorowałaś?! Ile razy musisz dostać po mordzie, żebyś się, suko ogarnęła w końcu?! Małolata pieprzona!
-Zamknij się, Bryce. - westchnął Cole. - Nie tak nerwowo.
Stałam tak, na środku wielkiego gabinetu przed nimi czekając na cokolwiek. Spokój Cole'a był mi niezrozumiany, zlekceważyłam ich, a to dla nich niedopuszczalne. Dyscyplinarni szefowie wielkiej firmy motocyklowej i samochodowej których znałam... zmienili się. Przynajmniej jeden z nich co do mnie.
-Mów. - rzekł po chwili Cole przyglądając mi się.
-Mój ojczym okazał się być jednym z organizatorów tajnej organizacji narkotykowej. Tej lewej. Złapali go. Przymknęli.
-Cholera jasna! Kurwa, Cole... gdybyśmy przeprowadzili przesłuchanie jak wszystkim to byśmy wiedzieli kim jest ta ciota z lewactwa, w tym wypadku gówno możemy zrobić. Znów pieprzenie się po sądach...
-Nie mają na nas śladów. Są przyczepni, to fakt, ale nie przebiją się przez mur ochrony. Z nakazem czy bez, spławimy ich. Zawsze byliśmy bezpieczni, zawsze się wymigiwaliśmy od tego co nas czeka za ten cały szajs z narkotykami i lewym paliwem. Ale, cholera, jesteśmy w tym świetni i bogaci, na zawołanie mamy sędziów, prawników i świadków. Płacimy im ile chcemy, oni nawet nie przyjmują kasy w zamian za... nie wiem za co. - parsknął Cole.
Był zupełnie inny przy przyjacielu. Tylko... czemu udawał przy mnie?
-Kontynuuj, kotku. - zwrócił się do mnie Bryce.
-Policja przyjechała. Wypytywała, spławiłam i poszłam. Mówili o tym, że kryję ojca i za współudziały mogę trafić do więzienia...
Cole zaczął się śmiać.
-Chuja, nie trafisz. Nic ci nie zrobią. Pamiętasz, co mówiłem. Nic ci nie grozi. Szczególnie z ich łap. Zgrywaj biedną poszkodowaną córkę która została osamotniona... i tyle.
-Ojciec mi został. Biznesmen. Ma firmę samochodową po całym świecie, jak wy. Ta wasza konkurencja.
-To twój ojciec? - Bryce'owi rozbłysnęły się oczy - Idealnie. Można ubić z nim interes.
-W żadnym wypadku! Cole... błagam...
-Bryce, to zły pomysł. Powiążą fakty. Dojdą do nas a ojciec Any wydaje się nie być taki głupi. Zawsze był sprytniejszy, odrzucił raz naszą propozycję bo uważa się za lepszego. Pozer.
-Cole! - zacisnęłam zęby.
-Porzucił cię! - krzyknął. - Czym sobie zasłużył na aprobatę z twojej strony, Ano? Bo przyleciał gdy tylko dowiedział się o nieszczęściu znienawidzonej żonki? Czy jej przydupasa ćpuna?
Zła wyszłam nie oglądając się za siebie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz