sobota, 27 maja 2017

Od Any

Nigdy nie sądziłam, że wpakowalabym się w takie gówno. Siedziałam na przeciwko biurka blondyna, który z uśmiechem i zachwytem mi się przyglądał.
-Mamy dla Ciebie zadanie. Skoro widziałaś już tak wiele musisz wybrać albo śmierć albo pracę dla nas.
-Co niby mam robić...? - spytałam przerażona,związana na czarnym, skórzanym krześle.
-Oprócz zbieraniu kupy baniek na koncie z Colem mamy inne zajęcie. Dorabiamy sobie dzięki małym dodatkom, którzy młodzi ludzie tacy jak ty uwielbiają.
-Mam pomoc wam sprzedawać dopalacze??
-Będziesz kretem. Nie raz ktoś próbował nas wrobic, a że jesteśmy ludźmi bogatymi i znanymi z dobroczynnych akcji mamy mocne alibi, nikt nas nie tknie. Dopóki ktoś nie zacznie za bardzo pchać się głębiej w nasze życie biznesu. Ostatnio Cole zauważył, że jeden z dziennikarzy za bardzo się panoszy, łazi za nami, okazał się psem, kretem. Więc łatwo go uciszylismy. Zatuszowalismy ślady i poszło zbyt łatwo. Stwierdzono przedawkowanie narkotyków w jego domu, popił wszystko alkoholem i padł. - uśmiechnął się. - ale wracając, Ty jesteś potrzebna. Jako niewinna dziewczyna, ładna, seksowna 19 latka łatwo zdobywasz zaufanie, zauważysz coś niepokojącego, dziwne pytania, kogoś, kto się narzuca. Od razu masz wszystko mówić nam.
  Ktoś zaszedł mnie od tyłu i wstrzyknął w ramię coś, co zaświeciło się dziwnie na niebiesko pod skórą.
-A to twój nowy przyjaciel. To coś w rodzaju rozbudowanego chipa. Koduje negatywne emocje, stres, i kłamstwo. Przy tym ostatnim uruchamia się nagrywanie i wszystko będziemy słyszeć.
-Co proszę...?! Nie możecie, to nieludzkie... Jak potem to wyjme?? Po wszystkim? Jak już nie będę wam potrzebna?!
-Jak już będziesz zbędna zostaje jedno wyjście. - usłyszałam za sobą głos Cole'a. - Kulka w łeb i po sprawie. Tak już bywa. Ale na razie wykonuj swoją robotę. Pomyślimy czy zostawić Cie przy życiu. Na razie wykonuj zadania. W twojej szkole są krety a ja chcę wiedzieć kto to i czego szuka. Gdy się dowiemy dobrowadzisz go do nas. Zajmiemy się nim. Dajcie jej to. - machnął ręką i dostałam czymś w szyję.
  Poczułam się dziwne wesoła, szczęśliwa podążyłam wprowadzona do drzwi, potem straciłam przytomność.

  Ocknelam się w samochodzie z Justinem. Pił piwo jarajac blanta.
-Co ja tu...
-Mam na Ciebie oko. Jeśli coś zaczniesz kombinować mam Cie uciszyc albo oni to zrobią. Więc uważaj. Wysiadaj i zwracaj uwagę na dziwne zachowania, pytania, dziwne osoby. Mówisz mi i ich załatwiam.
-Czemu ty to robisz?? Przecież nie musi tak być... Można ich wydać... - zaczęłam z płaczliwym głosem.
  Złapał pistolet który leżał w schowku i pokazał mi go.
-Jeszcze raz pomyślisz, żeby kombinować to zobaczysz jaka zabawa się zacznie z tym co trzymam w ręku. Zrozumiano skarbie?
  Pogładził mnie po policzku a ja uciekam z samochodu prosto do szkoły. Justin odjechał, swoją drogą dawno nie było go w szkole...
  Co się z nim stało?
  Co stanie się że mną??
  Byłam przerażona tym co się stało i nie wiedziałam do końca jak mam się zabrać do tego... Bałam się. Wolałam z nikim nie rozmawiać... Nie wiedziałam kto przypadkowo może przeze mnie umrzeć z łap Cole'a i Breyca..

piątek, 26 maja 2017

Od Any

  Pewnego wieczoru postanowiłam poza szkołą dorabiać gdzieś. Jako że miałam już skończone 19 lat mogłam pełnoprawnie pracować, jedynym problemem była szkoła, która przeważała wszystko. Wolałam dorabiać sobie na swoje potrzeby, a jedyne do czego mogli mnie przyjąć ( tam gdzie płacili w miarę rozsądnie) była praca parkingowego. W jakimś biurowcu był dość spory parking pełen obrzydliwie drogich samochodów, a brakowało im kogoś komu można zaufać.
  Szefem był ochroniarz budynku, jakby stróż. A szefem mojego szefa był mój ojciec. Stąd dostanie dobrej pracy i na dodatek płatnej bardziej niż gdziekolwiek indziej. Tata od wielu lat starał się jakoś złapać ze mną kontakt aczkolwiek ja wolałam go unikać. On nas zostawił, nie winiłam go, że małżeństwo moich rodziców się rozpadło. Bo to była wina matki. Od początku do końca poszła na dno zaraz gdy wpadła w wir alkoholiczki i uzależnionej od narkotyków.
  Pierwszy dzień w piątkowy, dość wczesny wieczór zaczął się nudnawo. To zdecydowanie jedna z tych gorszych prac i tych źle płatnych. Jednak wolałam zapamiętać wskazówki które dał mi szef.
  1.Nie słuchać muzyki
  2.Nie słuchać muzyki również przez słuchawki
  3.Jedyne co możesz robić, to czytać gazety, książki, ale najważniejsze - nie trać czujności
  Są tak przewrażliwieni bo często padają ofiarą kradzieży samochodów. A dziś miałam sporo pracy bo przyjeżdżali z różnych krajów na jakieś ważne spotkanie biznesowe.

  Dostałam pierwsze kluczyli wypasionej białej Tesli. Nie za bardzo znałam się na markach, ale odróżniałam co nie co. Samochody przyjeżdżały, co jedne to droższe i bardziej wypasione, jakich moje oczy jeszcze w życiu nie widziały.
  Aż w końcu, po nudnej robocie przyjechało zwykłe, czarne, lśniące BMW. Siedziałam na krześle obserwując co chwilę kamery. Do budki podszedł mężczyzna z jakąś wyfiokowaną blondynką, była może starsza o rok ode mnie?
-Masz. - parsknął do mnie z wyższością i rzucił kluczyki na blat.
  Uniosłam brwi i siedząc na krześle wcale nie ruszyłam się z miejsca obserwując go.
-Gdyby pan powiedział to z szacunkiem, może zastanowiłabym się jeszcze raz o tym, czy przyjmować pana samochód.
-Nie dyskutuj ze mną gówniaro i rób co każę.
  Z poważną, kamienną twarzą sięgnęłam do kluczyków i palcem wskazującym zrzuciłam je z lady z przodu tak, że te osunęły się na betonową zabrudzoną podłogę.
  Nagle mężczyzna stał się czerwony, kipiało od niego a ja nie zmieniając wyrazu twarzy wstałam i spojrzałam na niego jeszcze raz przybierając szeroki uśmiech.
-W czymś mogę pomóc?
  Mężczyzna podniósł kluczyki i podał mi je, uderzając nimi.
-Proszę.
  Blondynka obok mężczyzny pokręciła głowa zażenowana jego zachowaniem. Spojrzała na mnie i szybko spuściła wzrok.
  Przyjęłam auto i kluczyki, zarejestrowałam je i zajechałam do odpowiedniego miejsca przeznaczonego dla tego samochodu. Usłyszałam po chwili trzaski, było już późno, a nikogo o tej godzinie nie ma prawa być. Poszłam to sprawdzić, zaszłam od tyłu białego Renault Kadjara i zobaczyłam krwawiącego mężczyznę. Wyjęłam zdenerwowana paralizator którym mogłam dysponować i używać jedynie w wyjątkowych przypadkach. A to był... chyba... wyjątkowy przypadek.
-Rzuć to! - wycelował we mnie pistoletem, a serce w momencie mi stanęło.
  Zacisnęłam zęby i odłożyłam powoli paralizator.
-Spokojnie... - zaczęłam starając się opanować - rzuć ten...
-Bierz kluczyki i wsiadaj! - krzyknął.
  Wyjęłam z kieszeni jednego z wyścigowych samochodów na parkingu. Wpatrywałam się w nie i nagle koleś przeładował broń.
-Mam strzelić czy się weźmiesz do roboty? Wsiadaj, powiem ci gdzie jechać.
  Jego ręka była w opłakanym stanie, drugą ręką wziął torbę ze sporą sumą pieniędzy. Zamknęłam oczy zdenerwowana, ręce mi się pociły a mężczyzna niecierpliwił.
-Jedziesz czy mam ci pomóc? - spytał przybliżając pistolet do mojej głowy.
  Zapłakana ruszyłam i wyjechałam z parkingu. Kierował mnie gdzie mam jechać, gdy dojechaliśmy do jakiegoś budynku biurowego weszliśmy na samo piętro - 15 - i tam wprowadziło mnie trzech mężczyzn w garniakach.
-Siadaj. - rozkazał jeden z nich i rzucił mnie na kanapę.
  Przy biurku siedziało dwóch mężczyzn, blondyn i brunet.
-Kto to jest? - warknął blondyn.
-Widziała mnie. Musiała mnie zawieźć bo miałem mały wypadek z ochroniarzem. Postrzelił mnie ale uciszyłem go odpowiednio.
  Mój szef... zamordowany...?
  Wpatrywałam się spanikowana w twarze bruneta i blondyna. Parsknęli śmiechem widząc moją minę.
-Dobra, ona nam się może przydać. Potrzebujemy kreta.
-Ja mam być kretem? - spytałam szeptem.
  Wszyscy ucichli, spojrzeli na mnie a brunet z uśmiechem jedynie powiedział ostatnie słowa które dziś usłyszałam.
-Zamknąć ją.
  Ten budynek musiał należeć do nich. Był wielki, obszerny i wszyscy latali na posyłki tych dwóch. Ich twarze kojarzyłam z magazynów, byli kuzynami. Bardzo się liczyli ze swoim zdaniem. Jednak nie siedzę w brukowcach i nie czytam pudelkowych stronek. Jednak bałam się co moga mi zrobić i w co ja się do cholery wpakowałam...
  Ojciec na pewno jak się dowie zacznie mnie szukać... A matka z tym swoim beznadziejnym partnerem nie zauważą że zniknęłam. Obym szybko się stąd wydostała... a czułam, że wcale się nie wydostanę..

sobota, 20 maja 2017

Od Xandera

Praca w policji wiąże się z wielona obowiązkami tak jak i możliwościami. Możesz na przykład zaparkować w miejscu do tego nie przeznaczonym czy jechać za szybko a i tak nikt nie da Ci mandatu. Oczywiście są to bardzo błache przywieleje, jednak są i takie które na prawde przydają się w życiu.
Miałem dziś nocke w pracy. Omawialiśmy z ekipą właśnie sprawę gangu narkotykowego.
-Ci ludzie na pewno są w to gówno wmieszani. Ten był już trzy razy złapany z narkotykami, a ten siedział za dilerke. Na trzeciego chwilowo nie mamy pewnych dowodów jednak podejrzewamy że jest narkomanem który w dodatku diluje.-powiedziałem pokazując dokumenty dotyczące trzech podejrzanych.
-Diler który jest narkomanem? Nowość. Z regóły dilerzy tego gówna nie biorą.-odparł heden z policjantów.
-Dlatego trzeba go sprawdzić.-odparł mój przełożony.
-Też o tym myślałem. Możnaby zastawić na niego pułapkę.
-Dobry pomysł.
-Maks i Dawid mogą to zrobić.-wyznaczyłem chłopaków.
-A ja mam lepszy pomysł. Jesteś jednym z młodszych i wcale tak staro nie wyglądasz. Wmieszasz się w jego środowisko i będziesz nam donosił informację.
-Ja?-byłem zaskoczony.
-Moim zdaniem najbardziej się nadajesz. Doskonale znasz sprawę i jeszcze bigdy nie zawiodłeś.
-Co mam robić?
-To zostawiam tobie. Robisz co chcesz tylko ostrożnie.
Kurwa..-przeklnąłem w myślach.
Nie lubiłem takich działań. Jednak byłem zawsze gotowy do działania. Tym razem też nie zawiodę.

****

Całą noc przeglądałem życiorys podejrzanego. Mieszkał on z nową partnerką i jej córką. Jej matka miała problem alkoholowy. Poznałem wsystkie informacje o tej rodzinie jakie mieliśmy. Policyjna kartoteka tej rodziny była bogata w informacje.
Wiedziałem już jak się zbliżyć do podejrzanego. Troche mi się ten pomysł nie podobał jednak był jedynym jaki wpadł mi do głowy.
Pasierbica podejrzanego chodzi do tej samej szkoły co moja siostra. Muszę się zbliżyć do tej dziewczyny a moja siostra może mi pomóc. Będę działał pod przykryciem. Nikt nie może się dowiedzieć że jestem gliną.
Plan zaczynam od jutra.

sobota, 13 maja 2017

Od Any

  Nie mogłam się pozbierać po tym jak mnie potraktował Xavier. Gdy zjawiłam się w szkole wszyscy nie odrywali ode mnie wzroków które wyrażały żałość, smutek, współczucie i co najgorsze i najdziwniejsze - rozbawienie. Kroczyłam przez korytarz, marsz przez niego dłużył się niesamowicie a starałam się wyobrazić, że jestem sama i idę właśnie spóźniona na lekcje. Próbowałam wszystkiego by usunąć te spojrzenia sprzed moich myśli, chcę tylko przejść obojętnie, a nie mogę.
  Xavier i jego kumple, wraz z Clayem tylko się wygłupiali. Oprócz właściwie samego Claya. Nigdy mnie nie wyśmiewał, zawsze darzył mnie szacunkiem. Ten chuderlaczek, brunecik, który zawsze wyróżniał się z grupy Xaviera, z grupy koszykarskiej, która zawsze miała pierwsze miejsce. Zach, najwyższy z nich wszystkich obserwował mnie głupkowato się szczerząc, a Xavier był trzymany przez Justina, który właśnie rozpowszechniał jakiś post czy zdjęcie na Facebooka.
  Przeszłam szybko prosto w stronę klasy pod którą stała już zniecierpliwiona Jessica, o której kompletnie zapomniałam gdy przechodziłam powolnie przez korytarz pełen tych przeszywających spojrzeń.
-Gdzie byłaś? - spytała zdenerwowana - Czekam i czekam a Ty gdzie się podziewałaś?
-Po prostu się spóźniłam na autobus. - wykręciłam się z tłumaczenia i przemilczałam.
  Odwróciłam wzrok od tamtych ludzi i schowałam się za plecami wyższej od siebie Jess. Zdziwiła się, jednak nawet nie pytała.

  Dopiero od lekcji polskiego zaczął się koszmar. Od momentu upublicznienia posta wtedy z korytarza, okazało się że Justin wysłał wszystkim moje zdjęcie w bieliźnie. Oczywiście, nie byłam tak głupia by się dać sfotografować w takim stroju. Xavier zrobił to kiedy nie patrzyłam. Miał je usunąć, jednak wyszło szydło z worka.
  Unikałam spojrzeń ludzi, którzy po kolei dostawali MMsy z moim zdjęciem. Wszyscy, nawet Jessica spojrzała na mnie zaskoczona. Reszta się śmiała. Justin na początku też. Potem, gdy Jessica i jej chłopak Alex wraz z Clayem spojrzeli na niego wściekli przestał się uśmiechać. Zerknął na mnie szybko i spuścił wzrok, a ja wybiegłam z klasy prosto do łazienki. Tam się zamknęłam i wolałam spędzić resztę swojego życia.
  Jednak nie byłam w stanie się poruszyć po pewnym czasie. Wśród tych dzieciaków, 18 i 17 letnich nie widziałam cienia nadziei, że pojawi się ktoś, ktokolwiek, kto nie pójdzie za tłumem i nie zacznie ze mnie żartować. Wyśmiewali się ze mnie, chłopacy coraz bardziej zaczęli za mną łazić i robić rzeczy które przekraczały granice wytrzymałości. W damskim dziewczyny pisały moje nazwiska i pod nim obelgi. Jakby tego było mało - moja matka nawet nie chciała się mną zainteresować. Jej partner jedyne co potrafił to handlować marihuaną i zmuszać moją matkę do seksu. Nic więcej nie było u mnie w domu - starałam się tam w ogóle nie chodzić.
  Jak na 19latkę dużo przeszłam, w moim domu działy się rzeczy o których nie mogłam nikomu pisnąć słowem. O handlu narkotykami, dopalaczami, o przemocy. Tak, nie raz on podniósł na mnie rękę i nie raz dostałam, a matka nawet nie reagowała na to. Sąsiedzi wzywali policje na interwencję gdy krzyczałam na niego dopiero wtedy, jak puszczały mi nerwy. Jednak nigdy nie weszli z nakazem, policja odpuszczała a ja musiałam zapewniać, że to tylko kłótnia jak w każdej rodzinie się krzyczy. Wierzyli, bo potrafiłam perfekcyjnie kłamać. Musiałam.
  Wyszłam z łazienki pod koniec tej lekcji, gdy paraliż minął. Zamknęłam drzwi za sobą i ruszyłam do wyjścia.
-Panno Baker, proszę do mnie. - usłyszałam głos dyrektora - No już, szybko.
  Odwróciłam się na pięcie i weszłam do gabinetu czarnoskórego, wysokiego, dość grubszego dyrektora Files'a. Wpatrywał się we mnie pytająco, a ja nie wiedziałam co zrobiłam i ogarnął mnie stres. Czy zdjęcie dotarło też do niego...?
-Wyszłaś z lekcji biologii, co się stało? Mogę ci pomóc...
-Źle się poczułam.
-To znaczy?
  Zmarszczyłam brwi zirytowana.
-Dostałam okresu, mam mówić o szczegółach? - wypaliłam szybko zdenerwowana - Nie wiem czy chce pan o tym słuchać ale dobrze...
-Okej okej, nie było tematu. A teraz chciałaś uciec z lekcji?
-Jestem pełnoletnia, mam 19 lat... mogę wyjść.
-Wiesz, że jeśli to będziesz powtarzać wylecisz ze szkoły. Zmarnujesz sobie przyszłość.
-Jasne. - westchnęłam zmęczona tematem jednak na siłę się uśmiechnęłam by zapewnić, że rozumiem. - Jednak muszę wyjść, panie dyrektorze.
  Westchnął i spuścił wzrok zrezygnowany.
  Od momentu gdy rok temu pewien chłopak z naszej szkoły popełnił samobójstwo z niewyjaśnionych przyczyn szkoła zaczęła być bardzo ostrożna na nawet normalne zachowania uczniów. Dlatego dyrektor i pedagog są tak uczuleni gdy nawet w trakcie trwania lekcji uczeń pełnoletni wychodzi.
-Powiadomię twoich rodziców.
-Nie. Proszę tego nie robić, mieszkam sama od paru dni i dbam sama o siebie.
-No dobrze... idź.
  Wstałam szybko i wyszłam na parking. Naprzeciwko mnie był park tak zielony, że raził mnie w oczy. Uśmiechnęłam się mimo okropnego humoru a słońce przyjemnie grzało.
  Poprawiłam plecak na lewym ramieniu, przeczesałam dłonią włosy które ciągle wiały mi na twarz i ruszyłam przed siebie.
  Na swojej drodze w mieście spotkałam Xaviera. Był sam, szedł zadowolony z siebie krokiem pewniaka. Zacisnęłam zęby i podeszłam do niego.
-Co Ty sobie wyobrażasz? Miałeś nie mieć tego zdjęcia!
-Słuchaj, twoja wina, mogłaś się nie rozbierać u mnie...
-Przebierałam się! - krzyknęłam tak głośno, że ludzie na ulicy zaczęli się ciekawsko przyglądać - A Ty chamsko zrobiłeś mi zdjęcie!
-Nie moja wina. Słuchaj, niedługo i tak koniec roku, jesteśmy w ostatniej klasie. Co Ci to robi? Teraz wszyscy patrzą na ciebie jak na dobrą dupę. - parsknął.
-Czy Ty jesteś normalny?! - wrzasnęłam.
-Nie krzycz, Ano, cholera...
-Bo co?
-Nie wstawiłem tego zdjęcia. To nie ja to zrobiłem.
-Ale sam przyznałeś, ze to mój problem. Sam przyznajesz się, że Ty robiłeś to zdjęcie. Jeszcze jesteś z tego dumny. Ty w ogóle wiesz co zrobiłeś?













-To dla wygłupów... Justin to zrobił, nic takiego przecież...
-Ana? - usłyszałam za plecami głos Jess - Co Ty tu robisz? Z nim?
-Spotkaliśmy się i wyjaśniamy sprawy. - zmrużyłam oczy mierząc go wściekła.
  Mogłabym mu dać chętnie w mordę.
-Idziemy - pociągnęła mnie za ramię Jessica - Nie będziesz z nim rozmawiać.
  Podążyłam za nią i jedyne co mogłam zrobić to zapaść się pod ziemię.

poniedziałek, 8 maja 2017

Od Xandera

Uwielbiałem swoje życie. Co prawda śmierć ojca była wielką tragedią, która mnie dotknęła jednak szansa na dorwanie mordercy, który odebrał mi i moim bliskim ważna osobę poddnosiła mnie trochę na duchu. Tata zginął dwa lata temu i od tamtej pory usilnie szukam tego, który pozbawił Go życia.
Ten poranek był jak każde inne.
Obudziłem się i od razu po porannej toalecie zeszłem na dół do kuchni. Mama z siostrą robiły śniadanie.
Ada nakrywała do stołu a mama kończyła wypiekać omlety.
-Dzień dobry-powiedziałem i pokoleji pocałowałem każdą w czoło.
-Dzień dobry synu.
-Xander wyciśniesz sok? -zapytała Ada.
-Oczywiście.
Zgarnąłem kilka pomarańczy i szybko przekształciłem ich zawartość w zdrowy soczek.
-Jak tam w pracy?-zagadnęła mama
-Dancie spokój.. Mamy teraz na oku pewną grupę zorganizowaną, są sprytny jednak nie na tyle skoro juz o nich wiemy.
-A to czym się oni zajmują?-wtrąciła Ada.
-Kradną samochody i sprzedają je oszukując na przebiegu. Z naszych informacji wynika, że trochę przy narkotykach też szperają.
-To poważna sprawa.
-Jak każda mamo.-odparłem liedy usiedliśmy do stołu.
Rozmowa o pracy zakończona, mieliśmy drogocenną zasadę, że przy stole o pracy się nie rozmawia ani problemów z niej nie przynosi się do domu. Mogliśmy o tym porozmawiać ale nigdy przy wspólnym posiłku. Był to bowiem czas dla rodziny.
-Podziękujmy za ten posiłek oraz za to że kolejny dzień możemy być razem.-odparła mama poczym zaczeliśmy jeść śniadanie.
Uwielbiałem rodzinne poranki. Spotykaliśmy się wszyscy razem i spokojnie rozmawialiśmy przed powrotem do obowiązków. Ada jeszcze się uczyła a mama była pielęgniarką oraz położną w pobliskim szpitalu.
-Xander podrzucisz mnie do szkoły?
-Nie ma sprawy. Ubieraj się.-odparłem kiedy poranny posiłek dobiegł końca.
Posprzątaliśmy i każdy zaczął szykować się.
-Dzieci ja już uciekam bo dziewczyny podjechały już.-odparła mama.
-Miłego dnia.-odparliśmy z siostrą.
Krótko po tym jak mama wyszła dom opuściliśmy też ja z siostrą.
-Jedziemy dziś motorem.
-Znowu się potargam.-zaśmiała się Ada.
-I tak będziesz ładna-uśmiechnąłem się.
Założyliśmy kaski i odjechaliśmy.
Ady szkoła była po drodze do mojej pracy także bez problemu mogłem ją wozić kiedy zaczynałem pracę od 8 rano. Wolałem aby jeździła ze mną niż busem czy metrem. Tak było bezpieczniej.

niedziela, 7 maja 2017

Od Any

  Nigdy nie miałam problemów w szkole, w rodzinie ani ze znajomymi. Byłam lubiana. Kiedyś. Teraz zmieniło się wszystko od chwili gdy moi rodzice się rozwiedli. Nie wyobrażałam sobie mojej przyszłości, przynajmniej nie w ten sposób.
  Zaczęły się problemy z moim chłopakiem, Xavierem. Należał do tych spokojnych, ale w momencie wybuchowych dupków którzy myślą tylko w swoim ego. Niestety, i mnie się to podobało. Lubiłam go od chwili gdy przeniosłam się do tej szkoły, bo chodzę tu ledwie rok. A z nim zaczęłam spotykać się trzy miesiące temu i tak, jesteśmy czymś w rodzaju pary. '' Czymś w rodzaju pary'' - nie musimy chodzić ze sobą wszędzie, traktuje mnie czasem jak koleżankę a czasem jak dziewczynę i nie, nie umiem z nim o tym rozmawiać. Bo nie chcę go tracić. Już wolę przystać na to co jest teraz. 
  Czasem zastanawiałam się, czy to przywiązanie czy naprawdę jakaś popieprzona chora miłość, ale odganiałam te myśli. Czułam się zagubiona, a on traktował mnie jak własność. On mógł wszystko, ale ja nie.

  Weszłam do sklepu w którym obsługiwała przyjaciółka mojego ojca, kiedyś się bardzo przyjaźnili... nie wiem jak jest teraz... w każdym razie - zakręciłam do półek ze słodkościami i tam szukałam swojej ulubionej białej czekolady. Kucnęłam przy wielkim wyborze czekolad i starałam się znaleźć tą, którą jem zawsze. Aż tu nagle usłyszałam znajomy śmiech Xaviera i jego przyjaciółki Jenny. Gdy głosy ich rozmowy się zbliżały stanęli plecami do mnie obok lodówki z piwami. Nie zauważyli mnie. Powoli wstawałam by się przywitać i by podejść do nich, gdy nagle zobaczyłam jak on ją obejmuje, a ona całuje go w usta z szerokim uśmiechem. 
-Kocham Cię. - zaśmiała się słodko, a ja tylko na to patrzyłam.
  Aż w końcu za plecami pojawił się Clay, chłopak, który był niegdyś bliskim przyjacielem z dzieciństwa gdy jeszcze mieszkałam na River Street, tej bezpiecznej dzielnicy, nie to gdzie teraz. 
-Hej, Anastasia! - krzyknął za moimi plecami. Odwrócili się obydwoje, patrząc na mnie Xavier wyglądał na niewzruszonego, jednak Jenny zaniepokojona tym co mogłabym zrobić pod wpływem emocji zaczęła gorączkowo przepraszać. 
-Wyjdź i poczekaj przed sklepem. - rozkazał jej Xavier. 
-Co to ma znaczyć? - spytałam drżącym głosem. 
-Wytłumaczę ci wszystko, Ana. 
  Jenny stała jak wryta nawet nie poruszyła się na chwilę. 
-Nie chciałem mówić ci tego wprost, po prostu nie pasujemy do siebie, a to trochę dziwne że nawet do siebie nic nie czujemy. Przecież to wiesz, nie jesteśmy razem i nie będziemy, to było takie... chwilowe. Poza tym... Jenny jest fantastyczna w łóżku a my... nawet tego nie robiliśmy... nie zrozum mnie źle, po prostu...
-Zależy ci na dawaniu dupy?
-Po prostu cię nie kocham. Zaczęło się od zakładu z chłopakami, potem poszło w zupełnie inną stronę...
-Zakładu...?
-Że cię przelecę... ale wtedy by... wtedy już poszło to w inną stronę.
-Co chciałeś powiedzieć? Co wtedy było? 
-Nie ważne, teraz już mam to wszystko gdzieś. Ciebie tym bardziej. I tyle. Nara.
  Patrzyłam na niego słuchając tych wszystkich głupot, co on tak naprawdę mówi i słowa odbijały się ode mnie jak o mur nie do zbicia. Odbijały się echem jeszcze parę dobrych minut zanim wyszłam.









-Jak mogłeś mi to zrobić? Przecież... 
-Skończyłem, Ano. To koniec. - złapał za rękę Jenny i wyszli nawet mnie nie słuchając.
  Dopiero teraz zorientowałam się, że kumple Xaviera również znajdują się w sklepie, stali tuż za mną wraz z Clayem...
Popisówka. 
  Clay tylko przyglądał mi się ze współczuciem, a ja chwile po ich wyjściu szybko opuściłam sklep wychodząc na zewnątrz.












-Anastasia! - krzyknął Clay ale ja pobiegłam przed siebie. 
  Poszłam do domu Jess, która mieszkała na jednej z dzielnic na której aktualnie mieszkał Xavier. Pomyślałam o nim i nie czułam nic. Nawet tej udawanej miłości, to było zauroczenie. Jak łatwo można w to wpaść i się zatracić? I to aż tak szybko? 
  Zapukałam energicznie do drzwi Jess. Słyszałam jak zbiega po schodach jej energiczna, zawsze uśmiechnięta mama. Otworzyła drzwi i widząc jak płacze objęła mnie szybko i delikatnie. Za jej plecami stanęła moja przyjaciółka. Wyglądała jakby już wcześniej wiedziała o tym co może nastąpić, jednak nic nie mówiła.
-Zabiorę ją do pokoju, mamo. - oznajmiła i złapała mnie za rękę prowadząc krętymi, białymi schodami na górę. 
-Gdybyście czegoś potrzebowały to wołajcie. - odparła pani Foley, nerwowo wycierając dłonie w ścierkę. 

  Leżałam już drugą godzinę na jej dużym, miękkim łóżku pijąc gorącą czekoladę. Jess uśmiechnęła się wchodząc do pokoju zestawem do makijażu.
-Cała się rozmazałaś. - pogładziła mnie po policzku zmazując czarną zaschniętą smugę tuszu do rzęs. - I na dodatek jeszcze się nie rozweseliłaś...
-To był zakład. Wiedziałaś? 
-Słyszałam jak mówili o tym na mojej urodzinowej imprezie tydzień temu. Wspominali coś o tym, ale Xavier zarzekał się, że to przeszłość i chłopaki mają milczeć... A gdy chciałam z tobą o tym pogadać nawet nie chciałaś mnie słuchać bo jechałaś z nim do jego rodziców... pamiętasz?
-Nie mam Ci tego za złe, Jess... po prostu nawet nie boli mnie rozstanie tylko jak mnie potraktował. Jak świnia.
-Xavier to największy tępak i największa świnia w szkole. Wiedziałaś w co się pakujesz. Nawet nie mogłam cię chronić... 
-Sama jestem kowalem własnego losu, prawda? - parsknęłam przez łzy.
-Naprawimy to coś na twojej twarzy i odwiozę cię do domu. 
  Jessica miała już prawo jazdy, jednak rzadko kiedy jeździła. Jej ojciec był przewrażliwiony na jej punkcie, był bardzo opiekuńczy. Jednak jedno trzeba przyznać Jess. Ma opiekuńczość po ojcu - nigdy nie pozwoliła mnie skrzywdzić... jednak obawiałam się, że tym razem sama przed nią się broniłam. Bo bałam się najgorszego...