Wzięłam auto mojego ojca by odwiedzić pewną osobę. Oczywiście, prawo jazdy miałam w zawieszeniu odkąd miała miejsce stłuczka - z mojej winy - a jakże by inaczej! Było to jeszcze rok temu, a i tak śmigałam czasem po drogach uważając na policję.
Włączyłam głośno radio i zaczęłam śpiewać. Ignorowałam ludzi trąbiących na mnie, oglądających się ciekawsko, czasem również i złośliwie, bo jak tu się nie denerwować na głośną muzykę dobiegającą z lśniącego auta ojca. Nie miałam skrupułów by coś zrobić, nie wstydziłam się, więc w czym problem? Ludzie mają same problemy, ja je eliminuję. Oprócz jednego, największego problemu...
Cole'a i Bryce'a.
Gdy w radiu usłyszałam pierwsze sekundy Avicii'ego oszalałam, zaczęłam śpiewać i gibać się na lewo i prawo i w górę.
Usłyszałam za sobą sygnał syreny. Przewróciłam oczami i wbiłam plecy jak najmocniej w fotel. Nie wiem czemu, może chciałam się tam schować, wgnieść?
Mimo tego, że nie wiem co ze sobą zrobić robię to do póki nie zatrzymam auta i nie poczekam aż podejdzie policjant proszący zniesmaczony o cholerny dowód i prawo jazdy.
Zatrzymałam się na uboczu, przechodnie gapili się na mnie powoli krocząc w swoje strony, a ja zła miałam ochotę krzyknąć, co się tak gapią.
Rozjadę ich przy najbliższej okazji.
-Dokumenty poproszę. I prawo jazdy. - powiedziała blondynka w służbowym policyjnym ubranku.
-Myślę, że da się z tego jakoś wybrnąć... - zaczęłam.
Odezwała się we mnie charyzma, jednak zaraz gdy zauważyła co chcę zrobić, przerwała mi.
-Przykro mi. Dawaj ten dowód.
-Grzeczniej się nie da? Znam twojego... albo kolegę z roboty. Nie wiem jak ma na imię ale... ale wiem że pracuje tu na komendzie. Śledczy. Taki uroczy brunecik.
-Ta, jasne.
-Laska, dajże mi spokój i pozwól jechać bo będzie przykro nam obu.
-Jedno z dwojga. - uśmiechnęła się złośliwie.
Wyciągnęłam telefon z kieszeni spodni i zadzwoniłam.
-Halo? No, w końcu... myślałam, że nie odbierzesz...
-Kto mówi? - odezwał się Uroczy.
-Jakaś babka od ciebie z komendy się mnie uczepiła, mógłbyś jej powiedzieć by mnie puściła?
-Oszalałaś? - parsknął ale zaraz stał się poważny. - Z tego co wiem prawo jazdy miałaś odebrane już dawno...
-Owszem, ale jest sprawa niecierpiąca zwłoki.
-Jaka?
-Jak powiesz jej żeby mnie puściła to naprowadzę cię na nowy trop i powiem coś czego mogłabym się dowiedzieć. Właśnie zmierzam do pewnego miejsca, więc zrób to. Coś za coś.
Westchnął i poprosił o to bym przekazała go tej dziewczynie.
-Słucham? Tak...? Ale... Rozumiem. Tak jest. Oczywiście...
Była tak zakłopotana że od razu zauważyłam, że Uroczy jej się najwyraźniej podoba. Cała czerwona jak burak ruszyła do radiowozu i odjechała a ja mogłam pospieszyć do domu prawdopodobnego wspólnika ojca.
Znalazłam w domu w śmieciach dziwne bazgroły ojczyma. Były linie, kropki w podanych miejscach i inicjały. Skojarzyłam fakty i bez problemu odszukałam miejsce pobytu kolejnego dilera.
Zapukałam do drzwi, otworzył mi mężczyzna, zarośnięty, wysoki, palący papierosa w ohydnej gębie. Nie ukazałam zniesmaczenia, raczej przybrałam pozę twardej i nieugiętej. Jednak w środku bałam się, że może mi coś zrobić, skrzywdzić. Wyglądał na zbira... ja na dziewczynę szukającą na siłę guza w jakiejś zadupcałej dzielnicy.
-Ty jesteś od Billy'ego...? - spytał najwyraźniej skądś mnie kojarząc.
-Tak, zgadza się. - zaczęłam grzecznie. - Słuchaj muszę wiedzieć gdzie ojciec trzyma towar w głębi domu. Spędzałeś tam więcej czasu niż ja i sam pomagałeś mu to wszystko chować...
-Wszystko mam u siebie. - odparł. - Nie nagrywasz tego, ta?
-Nie, coś ty. Przyszłam bo za mną też łażą psy... chcę rady jak mogę odwrócić uwagę od siebie.
Musiałam coś wymyślić by go przekonać do swojej wiarygodności. A to był jedyny pomysł jaki na poczekaniu mogłam wymyślić. Ale ryzykowałam.
Dereck raz siedział za brutalne pobicie żony, która aktualnie po przedawkowaniu (dziwne) zmarła. Jego żona, pani Roots była przemiłą porządną kobieciną, jednak jak przyszło tak przyszło - śmierć z powodu wciskania na siłę narkotyków. Moja mama też tak miała, jednak przestała się opierać.
-A czego chcesz ode mnie? Konkretnie.
Spojrzałam mu w oczy i zrobiłam niewinną minę.
-Potrzebuję pomysłu, chcę ich spławić.
Konkretnie? Chciałam znać miejsce gdzie trzyma to gówno i mieć stu procentową pewność, że to właśnie on trzyma teraz cały towar.
-Graj smutną dziewczynkę. Pomoże. A teraz spadaj mała bo mam swoje interesy. Chyba, że przyszłaś się zabawić...
-Stój! Ręce do góry! Policja! - usłyszałam krzyk za plecami.
Uroczy biegł prosto na stary zrupieciały dom Derecka. Nie zdążył uciec ani nawet pierdnąć, Śledczy zaraz zakuł go w kajdanki i przekazał rudej, która zawsze się za nim włóczy.
Podszedł do mnie, nawet dumny z tego, że pomogłam im go złapać.
-Trzyma je pod podłogą w garażu. Tak przypuszczam.
-Przypuszczasz?
-Zaufaj mi. Przeczucie... Żyłam z dilerem dziesięć lat, znam parę sztuczek.
Odeszłam do samochodu.
-Odwiozę cię...
-Nie... - nie zdążyłam dokończyć gdy na teren domu podjechał Cole.
Gwałtownie zahamował, rozległ się pisk opon. Cole wysiadł, patrzył na zbiorowisko a gdy ujrzał Uroczego po prostu go zamurowało. Tego drugiego również.
Cole zacisnął zęby.
-Wsiadaj. - rozkazał, nie odrywając wzroku od Uroczego.
-Co się dzieje...? - zaczęłam.
-Wsiadaj powiedziałem! - krzyknął, a ja przestraszona wsiadłam do czarnego auta Cole'a.
Milczeli. Wszyscy milczeli. Ruda, jak zwykle rozgadana... teraz przerażona milczała.
Cole po dłuższej chwili wsiadł na miejsce kierowcy i ruszył z piskiem opon znikając zaraz za rogiem.
Pędził, nie zważając na rosnącą prędkość jaką przybieraliśmy.
-Czemu nie mówiłaś, że będzie tam Xander?
-Kto? Xand... ach... to on? Cholera, skąd mogłam wiedzieć...?! Nie rozumiem waszej chorej nienawiści...
Gdy dojechaliśmy do biura Cole zamknął nas w swoim biurze. Stałam jak słup soli wpatrując się w jego plecy. Stał nie odrywając wzroku od piękna miasta.
-Xander był jak wiesz moim przyjacielem... bratem z dzieciństwa, którego zawsze pragnąłem mieć. Jednak gdy dorośliśmy, nasze marzenia o pracy w FBI się spełniły razem się uczyliśmy wszystkiego. Ramię w ramię. Brat z bratem. Jednak szybko passa się skończyła gdy na jednej z akcji doszło do... - urwał, zaciskając pięści. - On przyjmował zgłoszenie, ja dotarłem do radiowozu chwilę później. Była noc, okolica którą podążaliśmy była znajoma, której zresztą dawno nie odwiedzałem. Gdy weszliśmy na teren adresu wskazanego przez Rudą skojarzyłem wszystko. Zanim jednak zareagowałem Xander wpadł do środka. Bandyci byli uzbrojeni, naćpani, było ich sześcioro. Nas tylko dwójka, reszta była w drodze. Jeden z nich trzymał moją matkę za włosy, miała rozerwane ubrania, bez koszulki... Moja matka również była naćpana, ojciec martwy leżał w kuchni, potem go znaleźli. Matka była tak zćpana, że wyrwała broń jednemu z bandytów i wycelowała w Xandera, gdy miała nacisnąć spust on strzelił jej prosto w głowę, poszły trzy strzały na raz w jej głowę. Widziałem tylko ten urywek w którym ją zabija. Zaraz po fakcie ruszyłem na niego, zacząłem go okładać, on nawet nie podniósł ręki. Bo obiecaliśmy sobie, że żaden z nas tego nie zrobi. Jednak sytuacja była inna, miałem prawo do tego by go nawet tam zatłuc. Nie wierzę w wersję, którą opwoiedziałem. To mówili mi wszyscy do upojenia aż zastało się w mojej pamięci. Jednak ja wiem, że Xander zrobił to na czuja, nie poznał matki i ją zastrzelił. Nie wybaczę mu tego nigdy. Moja matka była kochająca, z problemami, ale zawsze.. Jednak Xander nawet nie przeprosił, uważał, że to obrona własna. Wściekłem się, odszedłem z FBI i zacząłem pracę tu żeby wejść na szczyt, Bryce mi pomógł. Żebym poznał go, znał każdy jego ruch i gdy go znajdę wtedy wykończę z jego rodziną.
-Cole... - podeszłam zaszokowana nie wiedząc do końca co zrobić.
Położyłam mu delikatnie dłoń na ramieniu.
-Nie słuchaj jeśli będzie mówić, że masz się ode mnie odsunąć. Myśli, że mi odbiło. Jak oni wszyscy. Jeśli...
-Ćśś... - uspokoiłam go.
Tylko to mogłam z siebie wydobyć. Byłam w ciężkim szoku.
-Udawaj przed nim, że nie wiesz o niczym. Musisz tak robić by go zatrzymać przy sobie.
-Nie mogę dać ci go na tacy... żebyś... go zabił... i jego rodzinę...
-To już mój interes. Teraz mam dla ciebie zadanie poboczne... Skieruj się do Bryce'a, objaśni ci wszystko.
Musiałam zwabić jednego z policjantów, którzy pracują jako krety dla FBI. Starał się wejść do biura pod pretekstem znalezienia pracy ale wkopał się gdy ciekawski zaczął sprawdzać papiery towarów części aut. Znalazł papier który miał iść do podpisu do Bryce'a, on go zabrał w kieszeń.
Akurat miał wieczór kawalerski, jego narzeczona panieński, więc zostałam przedstawiona jako kobieta do towarzystwa. W klubie GOGO, w którym tylko szef wiedział w jakim jestem celu byłam skupiona na rysopisie policjanta. Gdy znalazłam go obok stolika z resztą bałwanów podeszłam i zaciągnęłam go na parkiet. Musiałam go upić i uwieźć, co przyszło mi łatwo.
-Chodź do garderoby... wszystkie dziewczyny wyszły... będziemy sami.
-Jestem na swoim wieczorze...Mam narzeczoną...
-Właśnie! Masz prawo do zabawy ostatni wieczór z inną... nie podobam ci się? Moje kształty ci sie nie podobają..?
-Podobają!
-To chodź... - złapałam go w okolice krocza, jednak nawet nie byłam blisko.
Nie jestem dziwką, ale wiem, co kręci większość facetów. Więc niektóre rzeczy były konieczne.
Od razu po tym kroku sam błagał bym z nim poszła. Gdy szliśmy sami korytarzem do zaplecza obok wyjścia tylnego, tam zatrzymał mnie i całował po szyi.
Zaczęłam błądzić dłońmi po jego spodniach, aż trafiłam na sztywny kawałek zgniecionej kartki papieru. Wyjęłam ją szybko i pchnęłam go na ścianę. Tylnymi drzwiami wszedł Cole, on był od brudnej roboty a Bryce... po prostu siedział.
Cole i jego kumpel weszli i złapali go za kark.
-Wpakuj go do auta jak już wyjaśnisz mu że co zrobił.
Gdy wyszliśmy wsiadłam do auta służbowego biurowca, Cole uspokoił mnie, jednak był zdenerwowany.
-O co chodzi? - spytałam. - Źle się spisałam?
Podałam mu kartkę papieru.
Zobaczyłam przez szybę jak Brand targa półprzytomnego zakrwawionego chłopaka i wciska go do samochodu.
Przyciemnione szyby pozwalały na to, by nikt nie ujrzał tego co znajduje się w środku.
-Świetnie się spisała. - dodał od siebie Brand.
-Owszem. - przejął kartkę Cole. - Ale wolałbym żebyś nie obmacywała obcych facetów.
-Taka była moja rola... nic nie zrobiłam złego... nie dotknęłam go tam nawet...
-Sam fakt, Ano. Brand, zabierz komórkę i sprawdź kontakty,wiadomości i wszystko co trzeba. Wyrzuć kartę.
Zrobił o co go prosił a ja zaskoczona milczałam.
Gdy dotarliśmy do biura przespałam się w gabinecie Cole'a. Wolałam nie wracać do domu... byłam padnięta i chciałam nauczyć się więcej. Zaczynało mi się to podobać...
Jednak co do Xandera...
Postanowiłam, że nie pozwolę by zginął.